„Kto chciałby żyć wiecznie…?” – o HIV i AIDS

O tym, czym jest AIDS dowiedziałam się mając chyba siedem, albo osiem lat, od rodziców, kiedy opowiedzieli mi, jak zmarł mój wówczas ulubiony (a dziś wciąż jeden z najważniejszych) muzyk – Freddie Mercury. Pamiętam czarną, plakatową niemal okładkę “Gazety Wyborczej” z grudnia 1996, może 1997 roku, z przerażającym, drukowanym mocnym fontem hasłem “AIDS ZABIJA”.
Dlaczego o tym piszę?

Bo wczoraj był Światowy Dzień Walki z Wirusem HIV. Bo przez ten jeden, jedyny dzień w roku większość z nas poświęca osobom chorym na AIDS nieco więcej życzliwości (eufemistycznie rzecz biorąc), niż zazwyczaj. Tego dnia nie uciekamy, nie brzydzimy się publicznie “zarażonych adidasem”, “ciapatych”, “ciot” i “homosiów”. Wspominamy tych, którzy coś znaczyli dla świata, a którzy odeszli właśnie przez tę przerażającą chorobę, niejednokrotnie popadając w gdybanie “bo gdyby istniało lekarstwo, to przecież jeszcze by żył, ale z drugiej strony – sam jest sobie winien, przecież kto kazał mu żyć w taki sposób…”.

Pełne to hipokryzji, prawda?
Prawda. I płytkie. Jak wiele reakcji na ogrom społecznych kampanii, które przepływają przez media (tak tradycyjne, jak i społecznościowe). Następnego dnia znów można się brzydzić i odsuwać, ale przez ten jeden dzień w roku – 1 grudnia – HIV jest problemem, który chcemy zwalczyć. Nawet, jeśli nie zdajemy sobie sprawy z tego, czym tak naprawdę jest wywoływana przez wirusa choroba. I że nie zawsze ten, kto na nią zachoruje, jest sam sobie winien; świat byłby piękny, gdyby wszyscy byli w stosunku do siebie nawzajem uczciwi i gdyby nasi partnerzy niczego przed nami nie zatajali. Świat byłby piękny, gdyby nie dominanta strachu i społecznego napiętnowania. I gdyby nie zwykłe niedbalstwo (a może celowe działanie?) w szpitalach – choćby w takiej Afryce.

AIDS jest chorobą, która wyżera człowieka od środka, latami wyniszczając, drenując jego organizm. Chory słabnie w oczach. Marnieje. Wykańcza się. Do chwili, kiedy ciągnie ostatkiem sił, kiedy próbuje – często w dramatycznie widowiskowy sposób – wykrzesać z siebie energię na ostatnich kilka oddechów. Kilka ważnych spraw.
Słuchaliście kiedyś Queenów?
Twórczość Freddiego Mercury’ego jest studium choroby. Doskonałym obrazem zniszczenia, jakie AIDS sieje w ludzkim organizmie. Słabnący głos – baryton o nieskazitelnym brzmieniu, niegdyś przeszywająco mocny, pod koniec życia drżący i chwiejny. Coraz bardziej zapadnięte oczy i choreografia niezapomnianych, widowiskowych koncertów grupy, zmieniająca się z bajecznie kolorowego szaleństwa w statyczność, w bezruch, w siłą ukrywane cierpienie.

Queen-Freddie-Mercury-singer-album

Freddie był sceniczną osobowością. Czym jest AIDS dla “zwykłych” ludzi lepiej pokaże Wam film Filadelfia z Tomem Hanksem. Film boleśnie prawdziwy, zarówno w kwestii spraw dotyczących recepcji osób homoseksualnych w pełnym hipokryzji społeczeństwie, jak i w odniesieniu do osób chorych na AIDS. Film doskonały, bo ukazujący bez ogródek zwykłą, ludzką podłość (a może po prostu przerażenie połączone z brakiem empatii).

Jakoś tak zebrało mi się na poruszanie problemów społecznych, a ten tekst celowo publikuję drugiego grudnia.
Dziś o czerwonej wstążeczce symbolizującej solidarność z chorymi na AIDS mało kto już pamięta.

Gosia Rybakowska
  • Bardzo się cieszę, że to napisałaś. U mnie w domu Freddie był od zawsze. Pamiętam ten moment, kiedy dowiedziałam się, że umarł. Byłam w podobnym wieku. I chyba najlepszym. Rodzice mi wytłumaczyli co to HIV, AIDS, homoseksualizm. Ale dzieci takie rzeczy postrzegają inaczej. Przyjęłam do wiadomości i do tej pory nie mam problemu z tym, że jest taka orientacja seksualna. Po prostu jest, tak jak osoby o innym kolorze skóry. A AIDS? To choroba, śmiertelna, bezlitosna, ale choroba a nie kara boska, czy dżuma. Parę lat później, w liceum, miałam okazję spędzić troszkę czasu z dziećmi z domu dziecka, które zarażone są virusem HIV. Dzieciaki cudowne, takie jak inne. Nie są skażone radioaktywnie. Budujemy mury, bo nie rozumiemy innych. W myśl syty, głodnego nie zrozumie.