„Stracone pokolenie” to bzdura

Czwarty już rok słucham w radiu, że jestem prekariatem, dzieckiem straconego pokolenia, które nigdy nie będzie mogło pozwolić sobie na kredyt mieszkaniowy i małą stabilizację.
Czwarty już rok w mojej ulubionej audycji poświęconej ekonomii w radiu TokFM profesorowie SGH, prezesi ogromnych spółek skarbu państwa oraz inni, którym daleko do codziennej troski o byt swój i bliskich opowiadają, jak bardzo żal im nas – młodych, pozbawionych perspektyw ludzi, którzy poświęcili lata na zdobywanie bezużytecznego wykształcenia. Którym rodzice wmówili, że trzeba mieć studia, by coś osiągnąć (a przecież lepiej by było, gdybyśmy nie chcieli wychodzić przed szereg i grzecznie poszli do zawodówek, nie zaś bajali w głowach o tytułach magistrów, doktorów i Bóg wie jeszcze jakich).

Półtora roku temu z kolei przeczytałam u Zygmunta Baumana o tym, co filozofia społeczna nazwała underclass i jobless work. I zrozumiałam, że te dwa określenia mają dużo większe przełożenie na naszą rzeczywistość, niż wieloszpaltowe, “eksperckie” artykuły w „Gazecie Wyborczej” wieszczące nam wszystkim degrengoladę i upadek, od lektury których swego czasu wpadłam w jeszcze większą niż zwykle depresję. Underclass – podklasa – to ja. To też ci z Was, którzy nie figurujecie w żadnym systemie – nieważne, czy to system ubezpieczeń zdrowotnych, czy też system świadczeń emerytalnych – jesteśmy doskonale niewidzialni. Nie ma nas i nic nam się nie należy. Na wszystko musimy zapracować sobie sami (i modlić się, byśmy nie złamali sobie ręki przewracając się na nieodśnieżonych schodach stacji metra). Jako należąca do underclass popełniam najcięższą możliwą zbrodnię – jestem społecznie bezproduktywna, żyję jedynie na własny rachunek. Najczęściej wykonując wspomnianą już jobless work – nierozwijającą mnie (a często uwsteczniającą) pracę, która daje marny zarobek i żadnych perspektyw na życie. Bo taką w Polsce można zdobyć w miarę normalnie. Bo aby mieć inną, trzeba walczyć (a na to nie każdy ma siłę).

Półtora roku temu też – w dziwnej korelacji z lekturą Strat ubocznych Baumana – zdałam sobie sprawę, że tezy o straconym pokoleniu są tylko w części prawdą. Że to przede wszystkim ode mnie zależy, jak będzie wyglądało moje życie. Narzędzia, którymi dysponuję? Moje wykształcenie, wiedza, elastyczność w zdobywaniu nowych umiejętności. Zdolność do przystosowania się do każdych (sprawdzone) warunków, w jakich przyjdzie mi żyć. I odwaga.
I owszem – mogę poddać się, powiedzieć, że nie jestem CEO firmy, która stoi na granicy światowego sukcesu, a przecież mam 26 lat i oto przegrałam swoje życie. Mogę – i pewnie byłoby to wskazane, bo właśnie takie wzorce są dzisiaj przeciwstawiane tezom o młodym, upadającym prekariacie bez przyszłości (jako jedyna słuszna alternatywa) – ale tego nie robię, bo wiem, że wszystko jeszcze przede mną. Muszę tylko wytrwale pracować. Nieustannie uczyć się i nie poddawać w drodze do swoich celów; nie ma rzeczy niemożliwych, niejednokrotnie już przekonałam się o tym, spełniając marzenia, które wielu ludziom wydawały się kompletnie nierealne.
Od prekariatu opisywanego w prasowych rozważaniach nad straconym pokoleniem odróżnia mnie jednak kilka ważnych cech; nie oczekuję, że państwo mi cokolwiek da. Nie roszczę, nie domagam się, nie wierzę wręcz w pomoc instytucjonalną. Doskonale zdaję sobie sprawę z tego, że wszystko, co będę miała w życiu, musi pochodzić wyłącznie z mojej własnej pracy, z mojego wysiłku. I że stare “Jak sobie pościelesz, tak się wyśpisz” jest tu niezmiennie prawdziwe.
Nie chcę też siedzieć z założonymi rękami i czekać, bo w obecnych warunkach społeczno-politycznych doskonale wiem, że nie mam na co. Jeśli spędzę najlepsze lata życia użalając się nad tym, że nie stać mnie na kredyt na arcydrogie mieszkanie (które w innych krajach europejskich jest prawem człowieka, a nie towarem), nigdy sobie tego nie wybaczę.

Prekariat, bycie straceńcem – to dzisiaj stan umysłu. I groźba, która wisi nad każdym z nas – jeśli tylko zapomnimy o tym, co naprawdę ważne; o nieustannym dążeniu do wiedzy, do odkrywania świata i wyznaczania sobie wciąż nowych celów. Celów, nie marzeń – bo cele się realizuje. Krok po kroku. Wytrwale i z podniesioną głową.

Niepewność i chwiejne czasy? Nic z tych rzeczy. Najlepsze, jakie moglibyśmy sobie wymyślić – czasy szaleńców i wizjonerów. Wystarczy tylko wziąć się z życiem za bary. Odwagi!

Gosia Fraser
  • Jarek Prz

    Hmmm… Pierwsze lata pracy – jako nieletni były na umowę, potem niemal dekada na śmieciówkach, teraz kończąca się dekada na umowie o pracę. I żeby nie było muszę dorabiać, bo z pensji pół etatu rodziny nie utrzymam. Ja czuję się stracony. Wiem to, bo widzę kto pracuje na stołkach, a kto na taśmie w fabryce mebli. I w małych miejscowościach – w większych pewnie też, to rodzice załatwili w większości te „stołki”, a studia, samokształcenie i elastyczność pozwoliła dobrze wykształconym, inteligentnym ludziom dostosować się do pracy na taśmie za 1100 złotych. O ile mają etat.
    Czy ja mam szansę na zmianę życia z ciężko, nieuleczalnie chorą Córką, niepracującą Żoną (ktoś musi się Córką zająć)? Czy mam szansę, skoro 9 lat na taśmie zniszczyło mój kręgosłup, a kilka lat mobbingu – związkowca zawsze się depcze – zrobiło też swoje, więc czy mam? Pewnie nie, ale to dobrze, że Ty młoda i świadoma swojej sytuacji mówisz „Nie” – bo to pierwszy krok do zmiany. To pierwszy krok do lepszego jutra. Póki możesz walcz, szarp, gryź. Nie daj się i pnij się coraz wyżej, byś mogła stawiać warunki. Ja należę do pokolenia, które trafiło najgorzej – za młodzi by kraść państwowe, za starzy by się wpasować.
    Wy macie jeszcze jutro, my tylko wegetację. Ale mimo tej wegetacji walczę dla takich jak Ty i inni. Czemu? Bo ten system jest niesprawiedliwy. I nie dlatego, że państwo powinno coś dawać. Nie. Jest niesprawiedliwy, bo ktoś dostał po rodzicach stołek, a w dodatku robią na niego żywiciele rodzin, którzy muszą być posłuszni jak psy. A kiepskiemu psu miski się nie daje.

    • as

      Stołki stołkami, stało się, nie odstanie się. Bardziej chodzi o to, jak mocno jesteśmy zatomizowani. Wystarczy spojrzeć na te komenty tutaj z resztą: ja to, ja tamto, mam, jestem.. Znam dziesiątki takich ludzi. Absolutnie nikomu nie przyszłoby do głowy myślenie w kategorii społeczności – bo i niby skąd, jak ludzie wychowani na powierzchownej kulturze obrazkowej, lub z podświadomością zagonienia przez rodziców do pracy, żeby „nie machać łopatą”. I to jest niesamowicie smutne, to że mogą znikać nawet miliardy, ale ci, którzy mogliby coś zrobić mają to w d.. (ew. ponarzekają przy piwku z szyderą), bo żanej tożsamości poza własną osobowością nie mają. Strach, zamiast miłości u podstaw i takie owoce….

      • Jarek Prz

        A czy jest możliwość mówienia o „społeczeństwie”, jak nawet teraz ludzie do siebie na kawę przestali chodzić? Kiedyś też było biednie, ale nikt krzywo nie patrzył jak się poszło pogadać, a dziś każdy „sobą” zajęty. I jeszcze te patetyzmy w stylu: „my Polacy”.
        Jacy „my”?

        • as

          Z tą kawą to bym nie przesadzał :) Ale fakt że wiele grup jest na tyle zantagonizowanych, i to GŁUPIO zantagonizowanych, bo jadących po stereotypach jak pan poniżej jeden, który po moich narzekaniach od razu uznał mnie za „robola”.To jest smutne. Mało kto wnika, mało kto zastanawia się nad tym, że tak naprawdę to co mu się wydaje pozytywne w ich podejściu tak właściwie jest zupełnie prostackie i małe, a na jakikolwiek zarzut od razu nadchodzi postawa „defence”, kontra i brak dystansu czy neutralności. Sam z resztą taki byłem, ale mi przeszło po śmierci ojca gdy byłem po 20tce, zacząłem myśleć inaczej. Patrzenie na życie z perspektywy śmierci, czyli z pewnym dystansem daje bardzo jasny obraz jaki ten kraj jest małostkowy, choć mógłby być zupełnie inny, „jesteśmy tacy sami a ściany między nami” (nie pamiętam tekstu tej starej dla mnie piosenki, więc nie nawiązuje do kontekstu użycia tej frazy tamże, ot fajnie to brzmi :P). Aż naprawdę jestem w stanie uwierzyć, że ktoś wyżej specjanlnie nas dzieli, by rządzić i nie tylko dlatego że wyrzucili Telewizje Edukacyjną z TVP i dali seriale. Ale tutaj z kolei sam się wpycham w szufladkę „teorie spiskowe, szukanie Żydów” itd. więc skończę.

          • Jarek Prz

            „Robol” – brzydkie słowo na człowieka pracującego fizycznie i jest haniebne, ale dla używającego. Bo, co? Jest „menedżerem” na Lidlu, albo w korpo? Żałosne.
            A z tą ścianą to prawda. Wiele kawałków o tym mówi, wiele osób śpiewa, ale do nikogo nie dociera niestety.

  • Sporo się ostatnio nad definicją sukcesu zastanawiam. Zwłaszcza tu na emigracji, bo wiadomo: zwykle emigruje się za pracą, chlebem, „lepsiejszym” i łatwiejszym życiem, a nie, pożal się Boże, tak jak ja: z przypadku, niechętnie, nieufnie. Na dodatek zatwardziały ze mnie freelancer, więc stała praca i podciąganie się na korporacyjnej linie to w moim przypadku rzecz z gatunku science fiction. Pracuję jednak stale, wręcz obsesyjnie, na własny rachunek. Czasem faktycznie odzywa się we mnie jakieś przerażenie, głównie wtedy, gdy w rozmowach wypływają pytania o stabilizację, ale zręcznie je zapracowuję. Czy czuję się jakimś straconym pokoleniem? Jako pieprzona indywidualistka rzadko się z czymś utożsamiam. Tym bardziej gdy patrzę na decyzje podejmowane przez moich rówieśników. Tak jak Ty, spełniłam sobie wiele marzeń, których wielu nawet nie tknęło. Nie czuję się wyjątkowa. Pod wieloma względami jestem chyba dosyć głupia życiowo. Może wszechświat lubi to, że ciągle liczę na jego łaskę. Dobrze mi z tym, choć łatwo w ogóle nie jest nigdy.

  • dżordż

    Bardzo niebezpiecznie jest poruszać się po ogólnikach. Najbardziej wyświechtane powiedzenie: każdy jest kowalem swojego losu – jest zaprzeczeniem tezy zawartej w tytule felietonu. Obywatel X to nie pokolenie – to kowal swojego losu.

    Kolega Jarek Prz pisze: „Wiem to, bo widzę kto pracuje na stołkach, a kto na taśmie w fabryce mebli. I w małych miejscowościach – w większych pewnie też, to rodzice załatwili w większości te „stołki”, a studia, samokształcenie i elastyczność pozwoliła dobrze wykształconym, inteligentnym ludziom dostosować się do pracy na taśmie za 1100 złotych. O ile mają etat.”

    Panie Jarku – Pana świat i Pana obserwacje opierają się o tak nikczemny skrawek całości, ze używanie takich „argumentów” w dyskusji o „ogóle” jest grubym nadużyciem.
    Mam 34 lata i od 5 lat jestem CEO. Czad nie? :) Moi rodzice (robotnik i nauczycielka) mieszkają w małej miejscowości, ja urwałem się na studia do dużego miasta nie znając tam nikogo. To do czego doszedłem, to wyłacznie moja praca. Nie byłem żadnym kujonem – mam na dyplomie dostateczny :) Inna sprawa, że nigdy ten dyplom nie był mi potrzebny…
    Zaczynałem jako student sprzątający piwnicę/archiwum w jednej z firm… Wykazałęm się przy tym sprzataniu i zaproponowano mi mega-fuchę – stanie 12 h przy drukarce za 5 zł/h- byłem przeszczęśliwy :)
    Dziś po kilkunastu latach w tej firmie (a raczej grupie kapitałowej) jestem jedną z najważniejszych osób. To, jak potoczą się nasze losy, w olbrzymim procencie zależy tylko od nas samych – mówienie o straconym pokoleniu, o rodzicach którzy załatwiają stołki, o super wykształconych, którzy przy tasmie teraz za 1100 pracują (a więc z wiedzą, ale brakiem inteligencji) to bicie piany, uogólnienia i często usprawiedliwianie swoich niepowodzeń. Każdy z nas jest unikalny i wrzucanie wszystkich do jednego wora to kiepski pomysł.

    • Jarek Prz

      Ale właśnie o tym napisałem – za młody by dorobić się na zmianach, za stary, by się wpasować.
      A pewne nawyki zostają jak cement.

    • G-Hunter

      Od nas samych powiadasz? ;) Ok, fajnie, gratuluje wytrwałości i siły woli które nie każdy ma, i innych aspektów które Panu pomogły, jednak… co by było gdyby firma zbankrutowała, gdyby szef był jakimś ku**wiszonem chcącym Pana udupić etc?
      Cóż, ja bym powiedział że miał Pan dużego farta że się tak wszystko potoczyło i jest Pan kim jest, jednak co by było gdyby było inaczej? gdyby los powalił Pana na kolana jak co niektórych?
      Wszystko jest zmienne, wszechświat to balans czerni i bieli, część bierze którąś strone, część jescze
      „wybiera” a część stara się żyć po środku ;)
      Gratuluję posady raz jeszcze ;)
      Pozdro

      • G-Hunter

        PS. Mówisz by nie uogólniać, a Ty za bardzo indywidualizujesz :P przy okazji swoją wypowiedzią reprezentujesz tych, zapatrzonych w siebie – o których mowa w wątku ;) zapewne bronisz swoich poglądów i nieumyślnie sie delikatnie ośmieszyłeś :)
        ….
        Hola ziomek! Zanim pomyślisz za dużo – nie myśl tylko że mam coś do Twojej osoby ;) po prostu mówie co myśle, popraw mnie jeśli się myle. I wręcz przeciwnie, myśle że jesteś spoko gościem, choć Cie nie znam, jednak jesteś za bardzo zapatrzony w siebie – zmień to, zobaczysz jakie cuda sie zaczną dziać ;)

        • Dżordż

          Faktycznie jak czytam „po czasie” to co napisałem, może wyglądac bufoniasto. Ostatnią rzeczą o którą mi chodziło jest „promowanie” własnej osoby czy udowadnianie na siłę, że każdemu się uda. Chodziło mi bardziej o pokazanie pewnej prawidłowości – każdy z nas ma swój świat i tak napawde nie może oceniać „ogółu” na podstawie swoich własnych obserwacji. W takim przypadku, moje doświadczenia wskazują na to, że wszyscy naokoło sobie świetnie radza, mam wielu znajomych, którzy doczłapali się do stanowisk własną pracą, bez stołków i bez znajomosci… Mógłbym naspisać artykuł: wspaniałe pokolenie 80’…
          Nóż mi sie w kieszeni otwiera jak czytam: Rosjanie to są tacy czy sracy, młodzi ludzie sobie nie radzą, stracone pokolenie, polacy to złodzieje itp itd. Dupa blada – tak nie można!
          G-hunter – nie chcę więcej pisac o sobie, więc nie będę się odnosił do Twoich słów odnośnie upadaniu na kolana, złym losie, złych szefach, moim zapatrzeniu w siebie itp. Mogę jedynie odnieść się do tego na zasadzie swoich doświadczeń zawodowych. Przewinęły się przez te lata przez moją firme tabuny młodych ludzi – większość z nich to pewnie to „stracone pokolenie” od którego zaczęła się dyskusja. Część z tych osób, to fantastyczne, pracowite i lojalne osoby. Inna część to lenie, nieudacznicy, roszczeniowcy. Która z tych grup jest reprezentatywna na tyle, aby jednym określeniem ocenić całość?
          Dobrobyt, sprawiedliwość, kultura, ład społeczny, rozwój itp – tego wszyscy pożądamy (poza jednostkami patologicznymi) – mam wrażenie, że niektórzy zapominają, że to wszystko to suma działań jednostek, a nie stan permanentny, który bierze się z jakichś sił nadprzyrodzonych. To każdy z nas dokłada tą cegiełkę do całości. Jeden ma na tyle sił i determinacji, aby pomimo tego, że wyrżnie kilka razy czołem o glebę, próbować nadal – drugi woli się nad sobą poużalać i czekać na pomoc. Spojrzenie jednych i drugich na tą samą Polskę będzie kompletnie różne. Który ma rację?
          Pozdrawiam i zapewniam, że nie jestem zapatrzony w siebie :)

  • kotka

    Pierwsze pytanie to takie czy autor mieszka z rodzicami, bo to już stawia go w zupełnie innym świetle niż się kreuje. Poza tym co to znaczy wykształcenie. Należało jeszcze wybrać takie studia po ukończeniu , których jest dobra praca jeśli się przykładamy do nauki choć trochę tj. prawo, medycynę, inż. bud, informatyk , matematyk i nie wiem co tam jeszcze farmaceuta, wciaż są zawody, które są dobrze płatne i poszukiwane. I mówię tu o studiach dziennych, nie o tych za 5000 za semestr danych przez rodziców. Przecież już 10 lat temu wiadome było, że po socjologii na Wyższej Uczelni łóżek i materaców nie znajdzie się dobrej pracy. Nie rozumiem tego majaczenia o underclass skoro jest się wykształconym, dobrze odrzywionym, opranym i wyprasowanym różowym pączuciem nawet dzięki mamusi. DO tej pod klasy moze się zaliczyć ktoś kto nie miał szansy na wyjśćie z dziedziczonej biedy np poPGR wskiej wsi czy patologicznej rodziny, gdzie dzień zaczyna się badnia dna butelki. COs się autor za bardzo nad sobą użala i nijak mi to nie pasuje do jego rozważań że wszystko co ma zawdzięcza sobie….

  • as

    To jest myślenie które nas właśnie do tego punktu w którym jesteśmy jako państwo doprowadziło: bądź kowalem własnego losu. To właśnie to zapatrzenie w siebie ludzi, którzy nie poddali się ogólnemu marazmowi, którym się udało – dzięki własnej pracy – i przeświadczenie że każdy może i powinien zasłania inna, ważniejsza prawdę: w tym kraju nie powinno tak być i powinno się walczyć z każdym złem dotyczącym ogółu. Nie jestem socjalistą, nie uważam że np. każdemu mieszkanie się należy, ale nierówności zbliżają nas do Latynosów a nie Europy. Broń Boże nic złego w tym że wam się udało! Ale w tym, że przez to gardzicie innymi, że nie potraficie myśleć także o otoczeniu jest już żałosne i że podsuwacie jedynie ignoranckie „bądź kowalem swojego losu” odsuwając od siebie myśli o jakichkolwiek zmianach w państwie („bo i tak ch.. d.. i kamieni kupa, co ja na to mogę robię swoje”). Mamy się za serdeczny naród,a jesteśmy definicją obrazkowa zawiści i szmaciarstwa. Tak, wy też w tych niektórych komentach.
    U nas niestety jeszcze pewnie długo będzie dominować „no co, mi się udało, to niech on też tak zrobi”. I oby to się nie zemściło.

    • Jarek Prz

      Tu pełna zgoda.

    • Dżordż

      Powtórzę się, ale musze zadać to pytanie: punkt w którym jesteśmy jako państwo to wina „podejścia społeczeństwa”, czy suma losów naszych „kowali”? Skąd wniosek, że „Ci którym się udało” gardzą tymi którym się nie udało? Skąd krzywdząca opinia, że wszyscy którym się udało, nie potrafią myśleć o otoczeniu i odsuwają jakiekolwiek myśli o zmianie Państwa? To brzmi jak zawistny bełkot kogoś, kto stoi przy maszynie za 1500 zł i nie zaryzykuje zmiany. Szmaciarze są wśród tych, którym się udało, jak i wśród tych co stoją za 1500 przy taśmie! Szmaciarstwo to nei cecha wszystkich – to cecha szmaciarzy i nic do tego nie ma stan konta.
      W jednym z projektów unijnych realizowanych przez znajomą firmę rozdaje się 40 tys zł na rozpoczęcie działalności – wystarczy prosty biznesplan i chęć zapierniczania na swoim. Czy to normalne, że brakuje chętnych? Lepiej dalej stać przy tasmie i napierda…ć na innych? Czy normalne jest, że na darmowe szkolenia zawodowe organizowane za kasę unijną nie można znaleźć chętnych? Czy normalne jest, że student przychodzący na praktyki do firmy mówi, że nie będzie kserował, bo nie po to jest na 3 roku, żeby stać przy ksero? Jakie z tego wyciągnąć wnioski? Jak przełożyć je na ogół społeczeństwa? Częśc jednak korzysta z tych dobrodziejstw unijnych – nie wszyscy studenci mają takie chore podejście jak ten z przykładu (co najmniej kilku takich anansów spotkałem).
      Mi się nie udało, więc jeb – zwalę na Polskę, na ustrój, na szmaciarzy w krawatach.
      Zmieniając nieco sens Twojego ostatniego zdania:
      U nas niestety jeszcze pewnie długo będzie dominować „no co, mi się nie udało, więc Ci którym się udało są be i to ich wina, że w Polsce jest jak jest”. I oby to się nie zemściło.
      Pozdrawiam

      • as

        I widzisz, od razu założyłeś z mojej strony podejście „WSZYSCY którym się udało”. Nie, jasne że nie wszyscy. Ale nie próbuj mi wmawiać że większość taka nie jest. A co do szmaciarstwa to jednak co innego gdy wynika z frustracji, a co innego gdy jest cechą kogoś, kto ma narzędzia, wiedzę i możliwości by zmieniać sytuację otoczenia.

        I to piękne zdanie: to brzmi, jakbyś pizgał na taśmie. Tu akurat zawsze, ale to zawsze jest regułą, że jakiekolwiek narzekanie z tym się spotka. Ja mam spoczko pracę, tylko że niestety za wielu widzę zapatrzonych w siebie skurwieli z maską miłych ludzi. Taka moda. Chwała tobie czy twoim znajomym jeśli się wyróżniacie, a pręgierz dla tych którzy wiedząc o tym co proponują nie próbują. Tylko wybacz, ale to jest tylko wyjątek..

        Też zauważ ten behawioralny odruch – nawet nie próbujesz mnie czytać, od razu mnie zakodowałeś w prostej szufladce, bo nie zapomniałem zaznaczyć w poprzednim poście, „że może nie wszyscy ale większość.” A sfrustrowani często są pracowici, tak naprawdę mało w tym kraju leniwych ludzi i tak, mają prawo narzekać, że ci bardziej utalentowani mają ich głęboko gdzieś. Mentalnie jesteśmy w Hondurasie.

        • as

          No i twój post brzmi jak usprawiedliwianie się przed samym sobą (zwłaszcza w momencie gdy pojawia się „znajoma firma”) ;)

          • Dżordż

            Szmaciarz to szmaciarz – czy biedny czy bogaty. Nie dorabiaj niepotrzebnej ideologii. Współczuję Ci Twojego świata, w którym widzisz tylu skurwieli – dobrze że przynajmniej udają miłych (maski). Gorzej jak przestaną udawać… Tak czy siak Twój świat (czyli mentalnie Honduras jak zauważyłeś) to takie mikro w skali kraju, że nie masz żadnego prawa, aby oceniać globalnie na podstawie swoich doświadczeń. Każda taka próba to kompletny brak pokory i zwykłe domorosłe filozofowanie.

            A co do „No i Twój post brzmi jak usprawiedliwianie (…)” – po raz kolejny czuję się niezrozumiany – przed sobą sie usprawiedliwiam na necie? :) Nie zrozumiałeś moich intencji, ale biorę to na siebie – w końcu to „nadawca odpowiada za przekaz”. Pamietaj tylko, że za horyzontem też jest świat- mimo, że go nie widzisz i niekoniecznie jest taki jak Twój.

            Pozdrawiam i przepraszam za złośliwy ton ;) Jestem pewny, że „na żywo” znaleźlibyśmy porozumienie.

          • as

            Nie, w moim świecie jest akurat też sporo fajnych ludzi; a ci z maską często nie zdają sobie sprawy z jej istnienia – mają ją z automatu, bo robią to co inni, wychowali się na tym samym gównie, mają te same skojarzenia, nie kwestionowali tych samych wartości (takich właśnie jak m.in. ślepy posłuch wobec „jesteś kowalem swojego losu”)… I mam prawo oceniać tak samo jak obop, bo i próbkę mam podobną ilościowo do nich :)
            Złośliwy ton mi nie przeszkadza, lubie jej pewną dozę :)