Nie wszystek umrę – o biżuterii funeralnej

Prastara tradycja zapalania świateł na grobach zmarłych, którą tak zręcznie zaadaptowało chrześcijaństwo już w początkach swojego istnienia to dzisiaj jedynie pogłos tego, czym od wieków w kulturze europejskiej było opłakiwanie zmarłych oraz rytuały pamięci związane ze śmiercią.

Śmierć, dzisiaj zepchnięta przez większość z nas na granice świadomości codziennego życia, kiedyś była integralnym elementem rzeczywistości; widok uroczystego, mrocznego konduktu pogrzebowego wraz z całą jego oprawą wizualną i muzyczną był powszedni, podobnie jak obecność grobowców w kościołach rzymskokatolickich (zwyczaj chowania pod posadzką świątyń porzucono dopiero w epoce napoleońskiej, do dziś jednak można podziwiać kunsztownie rzeźbione płyty nagrobne we wszystkich znaczących kościołach Europy, jak choćby we florenckiej bazylice Santa Croce).

Rozpacz, opłakiwanie, lamentacje – wszystko to, na co dziś mamy tak niewiele czasu i co zminimalizowaliśmy do miesiąca przepisowej żałoby przejawiającej się czernią ubioru, niegdyś tworzyło swego rodzaju “kulturę śmierci”, która pozwalała nie tylko pogodzić się z doznaną stratą bliskich, ale i oswoić śmierć w ogóle – pojąć jej sens i wiedzieć, że jest ona częścią nienaruszalnego, boskiego porządku ludzkiego istnienia.

Jej najpiękniejszym wyrazem zawsze była dla mnie biżuteria funeralna – precjoza jubilerskie, często będące maleńkimi dziełami sztuki, mające na celu wspomożenie pamięci o zmarłych bliskich, ale i przeżycie żałoby w poczuciu bliskości (dosłownie, fizycznej) z tymi, którzy odeszli.
Wykonywana z metali szlachetnych – złota, srebra i platyny, często zawierała w sobie elementy związane bezpośrednio ze zmarłym – jego włosy, z których splatano kunsztowne wzory, jak i – w późniejszym czasie – malowane na porcelanie miniatury portretowe, czy też oczy.
Tradycja biżuterii funeralnej sięga XIV i XV wieku i wywodzi się bezpośrednio z Anglii; w wiekach późniejszych, zwłaszcza XVII i XVIII jednak, rozszerzyła się ona na całą Europę, stając się częścią szerszego nurtu kultury barokowej, który w nawiązaniu do średniowiecza nieustannie przypominał o marności doczesnego życia szepcząc dobrze wszystkim znane memento mori (w Polsce warto wspomnieć tradycję sarmackiego portretu trumiennego).

Jakkolwiek dziś tradycja biżuterii funeralnej nie jest już kultywowana, a wielu zapewne zastanawia, jak częścią kultury mogło się stać obcowanie z „żywą tkanką” (sic!) zmarłych bliskich, wciąż dostępne są wyroby, które służą pamięci o ważnych dla nas osobach; sama zwykłam w srebrnym sekretniku przechowywać pukiel włosów bliskiego mi człowieka, w ten sposób sublimując (nie)fizyczny wymiar obecności, dzięki któremu niejednokrotnie łatwiej pokonać odległość mierzoną w setkach kilometrów.

Sekretnik, srebro 925, Czechy, 2. połowa XX wieku
Sekretnik, srebro 925, Czechy, 2. połowa XX wieku
Gosia Rybakowska