„Aniołom twoim każę cię pilnować…” – Białoszewski w Teatrze

Jest sobota, 27 września. Zaczyna się Pamiętnik z Powstania Warszawskiego według Białoszewskiego; spektakl dyplomowy studentów IV roku Studium Wokalno-Aktorskiego.
To jeden z tych dni w teatrze, kiedy czuję się dobrze nawet w chwili, w której sala wypełnia się publicznością. Dyskomfortem jest jedynie moment wejścia i ta krótka, choć przedłużająca się nieznośnie, rytualna scena przed rozpoczęciem spektaklu; rozmowy, wyłączanie telefonów, nadmiar perfum w trefionych włosach, błyszczące rajstopy. Trzeba się pokazać. Usiąść. Rozgościć. Zawłaszczyć nieco przestrzeni.

Nie wiem, czy niewiedzę o tym, czym będzie Powstanie, niepewność własnego losu i całą szaleńczą wiarę, jaką w początkach sierpnia 1944 mieli w sobie młodzi mieszkańcy Warszawy da się wyrazić lepiej, niż chaosem i gwałtownością początkowych scen. Nie wiem, czy inna scenografia – może mniej abstrakcyjna, za to bardziej narzucająca się widzowi – wyraziłaby lepiej lapidarność rzeczywistości tamtego czasu.

Ten spektakl to przede wszystkim forma. Kształt. Światło. I przestrzeń, która na scenie kameralnej – maleńkiej, mieszczącej kilkadziesiąt osób – jest wykorzystana idealnie, w każdym calu. Bo Pamiętnik z Powstania… wymaga kontaktu z widzem; bez niego nie sposób zrozumieć i poczuć, czym są strach i ból zawarte w choreografii, w oddechu wciąż poruszających się aktorów, z których każdy zajmuje ważne miejsce w narracji – Białoszewski staje się tu dwunastoma osobami, spośród których każda opowiada swój fragment historii złożonej z emocji, ze zdarzeń. Z nadziei, z miłości, ze strachu, z bólu i z ognia, który trawi Warszawę.

Urzeka mnie młodość tych ludzi na scenie; ich gładka skóra, ich błyszczące włosy. Ich żywe oczy. Są tacy, jacy byli Powstańcy. Trochę tylko starsi, ale i w ich wieku. Rozumieją zapalczywość, którą grają. Rozumieją też wagę mitu, jakim jest Powstanie samo w sobie; w przeciwieństwie do Komasy, z którego wykwitem „intelektualnym” (Miasto ’44) obcuję tego samego dnia przed spektaklem, przydają historii szacunku i zmuszają do jej rozumienia. To ważne, bo kiedy w dyskusjach w mediach pytają mnie, co bulwersuje mnie w Komasie (podobno to burzenie mitu – zamierzone? – to właśnie zaleta filmu), nie chce mi się zbyt wiele wyjaśniać ponadto, że pewne rzeczy SĄ święte. Tyle wystarczy (i nie chodzi tu o oceny postępowania dowódców, nie. Tylko o takich Białoszewskich. O Wańkowiczów. O Świrszczyńskie. I o wielu ludzi, którzy walczyli, ale nie potrafili się wypisać i wyrazić po tej całej traumie).
Urzeka mnie też symbolika; świetlista, ale duszna śmiertelnie przestrzeń szklanego kanału, którym ludzie wspinają się z wysiłkiem na powierzchnię – niemal czuję śmiertelność gorąca i braku powietrza w tej mikroprzestrzeni zajętej przez ludzkie ciała.

Powstanie da się zaśpiewać. Da się je opowiedzieć. I nie trzeba doprowadzać w tym opowiadaniu do momentu, w którym forma stanie się śmiertelnym wrogiem treści tak zdumiewająco trudnej i łatwej zarazem do przedstawienia.

***

Aniołom twoim każę cię pilnować
Gdziekolwiek będziesz.

 

Dla Gosi

fotografia nagłówkowa: © Piotr Manasterski

Gosia Rybakowska