#OkruchyKina 1: American Beauty

Po raz pierwszy oglądam ten film mając dwanaście lat. Największe wrażenie robi na mnie odwaga Jane do powzięcia jednej z najtrudniejszych w życiu decyzji o wyprowadzce z domu (w wieku 16-17 lat, w trudnej rzeczywistości Stanów Zjednoczonych to nie lada wyzwanie). Niemal nie zwracam uwagi na jej groteskowych rodziców, którzy, jak potem odkrywam z biegiem własnego życia, wcale dobrze reprezentują przeciętnych „dorosłych”.

American Beauty Róże

American Beauty jest karykaturą rzeczywistości. Nie ma jednak na celu wyśmiewania, upokarzania, piętnowania złych cech, które przecież nosi w sobie każdy z nas. To chyba jeden jedyny film, jaki widziałam, którego przesłanie można zamknąć z powtarzanych z uporem słowach: masz prawo żyć tak, jak chcesz. I nikt nie ma prawa ci tego zabraniać. Film ukazuje się w końcu lat ’90 ubiegłego wieku, w czasie, kiedy nikt jeszcze nie myśli o nienormowanym czasie pracy, o jedzeniu śniadania tak długo, jak się chce i pracy z laptopem na kolanach w parku. W czasie, kiedy zadaniem każdego nastolatka jest skończyć szkołę, a potem studia z możliwie jak najlepszymi wynikami, bo tylko to (zdaniem zarówno rodziców, jak i samych dzieci) gwarantuje otrzymanie dobrze płatnej pracy w korporacji/banku/międzynarodowej organizacji politycznej (niepotrzebne skreślić). Wreszcie – w czasie, kiedy kończę podstawówkę i zaczynam dojrzewać raczej intelektualnie niż fizycznie, bo pożeram mnóstwo książek i jestem jednym z tych potwornych wrażliwców, którzy płaczą na myśl o tym, że sikorki wesoło podlatujące do grudniowego karmnika też umierają. I robi na mnie ogromne wrażenie.

Wrażenie, które wcale nie maleje po latach – od 1999 roku oglądałam ten film razy, za każdym razem odkrywając w nim pokłady wartościowych treści, które w mocny sposób korespondują z moim życiem. Z biegiem czasu zaczęłam też identyfikować się z wieloma postaciami z tego filmu (nie tylko zaś z Jane). Mam w sobie nieco Lestera, wkurzonego na swoje życie z ograniczającą go, wampiryczną żoną. Mam w sobie też odrobinę Ricky’ego, który nie potrafił znaleźć sobie miejsca we własnym domu, w którym panowały kompletnie wyssane z palca, astronomicznie niedorzeczne układy pomiędzy rodzicami (przekładające się również na relację ojciec-syn). Jestem też Caroline, żoną Lestera, która z pewnością była kiedyś cudowną kobietą, ale nieudany związek i ucieczka w karierę całkowicie wypaczyły jej osobowość. Jestem nimi wszystkimi. Dlaczego? Bo problemy, jakie pokazuje American Beauty, to problemy nie tylko bohaterów filmu, ale nas wszystkich (w mniejszym, lub w większym stopniu).

Przede wszystkim jednak film ten pokazuje, jak ważna jest umiejętność rozróżnienia prawdziwego piękna i wartości od tego, co tylko je przypomina. I nie chodzi tu tylko o piękno fizyczne, wyeksponowane poprzez kontrast pomiędzy Jane i jej przyjaciółką, która uwodzi Lestera – ale o piękno w życiu, tak po prostu. Bo każde życie może być piękne. Wystarczy, że weźmiemy je w swoje ręce i zamiast tkwić w konformizmach, konwenansach i ramach narzucanych nam z zewnątrz, po prostu będziemy żyć tym, co dyktują nam nasze marzenia.

Tak więc, witajcie w pierwszym dniu reszty Waszego życia…

Gosia Rybakowska