O pięknym Lublinie i krzywdzących stereotypach

Lublin o zachodzie słońca

Lipcowy wieczór. Upalne powietrze miesza się z zapachem wilgoci uwalniającej się z liści potężnych drzew rosnących w Parku Saskim. I światło miejskich latarni, pomarańczowe, ciepłe, wydobywające ten szczególny, właściwy tylko dla lipca genius loci miasta. To Lublin.

Lublin, który – podobnie jak Łódź – obrósł w mnóstwo negatywnych stereotypów, obecnych niemal w każdej rozmowie, jaką do tej pory prowadziłam na jego temat. Bo “ściana wschodnia”. “D… świata”, a może kulturalniej, “anus mundi”. Bo “kraj kwitnącej cebuli”. I mnóstwo biedy. Rozkładu. Gnuśności, wschodniej zapyziałości, zwłaszcza światopoglądowo-politycznej.
W każdym stereotypie jest trochę prawdy. Podłoże, na którym rodzą się stereotypy, to przecież nasze codzienne obserwacje, to doświadczenie życia w danym miejscu… ale jeszcze częściej to wyolbrzymione, specjalnie sprowadzone do groteski “michałki”, legendy czy anegdoty, mające na celu zaznaczenie wyższości tego, kto stereotypem się posługuje (i właśnie dlatego ich działanie jest tak bardzo negatywne i krzywdzące).

Poznaję Lublin od mniej więcej pół roku, mając okazję zarówno na delektowanie się pięknem jego architektury, historii i bogactwa dziedzictwa kulturowego, jak i na zdystansowanie się negatywnych zjawisk społecznych i politycznych, które są tu obecne (nie w mniejszym ani nie w większym stopniu, niż w każdym innym, polskim mieście). I żal mi wysiłków, jakie miasto wkłada w promocję wartości, które są dobre, warte uwagi i pokazania nie tylko w naszym kraju; wysiłków, które w dużej mierze spełzają na niczym, bo stereotypy są silniejsze.

A przecież Lublin ma się czym chwalić. Bruno Schulz, Isaac Bashevis Singer, ale i obecność tego miasta w malarstwie Marca Chagalla. Dziedzictwo styku kultur chrześcijaństwa i judaizmu. Przeplatające się w Lublinie tropy literackie, poetyckie, ale i naukowe. Wszystko to skrzętnie poukrywane pomiędzy murami staromiejskich kamienic, ale niezaprzeczalnie obecne.

Czy nie jest przypadkiem tak, że kultywując stereotypy, popadamy w błędne koło…? Bo podróże kształcą, ale jedynie wykształconych. A miarą wykształcenia, która pozwala na jego nieustanne zdobywanie i rozszerzanie, jest nasza otwartość, często kończąca się na progu własnego mieszkania (oraz światopoglądu).

Gosia Fraser