Polska (nie)kulturalna

Budynek opuszczonej księgarni

Dyskusja o Golgota Picnic skłoniła mnie do zastanowienia się nad szerszym aspektem tego, czym jest kultura w Polsce. Jaka jest jej dostępność? Czy nie jest przypadkiem tak, że kultura w naszym kraju jest tak naprawdę przywilejem nielicznych, lub – z innej perspektywy – przewinieniem (głównie dzięki piractwu) większości…?

Nie chcę zaczynać od oczywistości, jakimi są niski poziom życia w Polsce, niewielkie zarobki i rosnące ceny. I mimo, że cywilizacyjnie podobno wciąż „doganiamy” kraje Starej Europy, to niewielu z nas wydaje pieniądze na książki, bilety do teatru, czy też do kina. Czemu się dziwić, gdy średnio cena książki plasuje się w przedziale 39,99 – 49,99 zł, a obywatel zarabia miesięcznie 1500 złotych netto…? Dzieci trzeba wykarmić, rachunki zapłacić, lekarstwa kupić. Na tę kulturę nie starcza. Cena kultury (rozumiana najbardziej podstawowo) nie jest jedynie problemem skoncentrowanym wokół finansów i zasobności portfeli Polaków potencjalnie kulturą zainteresowanych; jest też powiązana z segregacją, szufladkowaniem poszczególnych grup w społeczeństwie.

Nie tylko ze względu na to, czy kogoś na kulturę stać, czy nie. To zbyt błahe postawienie problemu.
Przyglądając się dyskusji wokół Golgota Picnic zdałam sobie sprawę, że segregacja ma wymiar intelektualny bardziej, niż finansowy; szufladkujemy bowiem nie ze względu na to, czy kogoś na kulturę stać, czy nie, lecz na to, na jaką kulturę go stać. Nie możesz pozwolić sobie na wyjście do Teatru Narodowego raz w miesiącu i chodzisz tylko do kina? Na pewno jesteś mniej wykształcony, niż konsument kultury, który wizytuje zarówno kino, jak i teatr, dorzucając do tego jeszcze filharmonię i operę. Kupujesz tylko książki, a do kina i do teatru nie chodzisz w ogóle? Musisz być jakimś szczególnym typem dziwaka, któremu wydaje się, że człowiekiem kulturalnym można być tylko czytając. Nie jeździsz na festiwale muzyczne? Widocznie jesteś ignorantem, w dodatku aspołecznym. To stereotypy. Stereotypy, które rozpleniły się w potocznym dyskursie w ciągu ostatnich kilku lat, a które obserwuję, zwłaszcza w postawach prezentowanych w Internecie. Złudna, internetowa anonimowość rozwiązuje nam bowiem w Polsce języki, czasami zdecydowanie zanim zdążymy pomyśleć.

Kultura jest pochodną edukacji, edukacja zaś jest w rękach państwa…

Zawsze wydawało mi się, że Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego, podobnie jak inne, drobniejsze (na przykład, samorządowe) organy z „kulturą w nazwie” są po to, by kulturę wśród obywateli Polski popularyzować, przede wszystkim przez jej mądrą promocję i zwiększanie zaangażowania w nią jej odbiorców. Wydawało mi się. Bo kiedy prześledziłam to, na co idą państwowe dotacje z ministerstwa, zrozumiałam, że dofinansowują one kulturę dla nielicznych. Elitarną, zdecydowanie wysoką, przeznaczoną dla wąskiego grona odbiorców. Za taką można uznać pismo „Krytyka Polityczna”, którego filozoficzna i społeczna wymowa są raczej trudne i niekoniecznie przeznaczone dla przeciętnego odbiorcy, jak i niedawny, poznański koncert Placido Domingo (od kiedy tenorzy są tym, co najczęściej słyszymy, kiedy z okien kamienic na ulicach, lub w komunikacji miejskiej dobiega nas dźwięk z czyjegoś odtwarzacza…?). A dotowane są.

Tymczasem, zwykły Polak siedzi przed monitorem komputera i… „piraci” książki, filmy i muzykę. Bo na Empik go nie stać. Podobnie na kino. Wyjście do teatru? Chyba, gdy wygra się na loterii. Lub pójdzie podczas nauki w liceum, w ramach wycieczki szkolnej. A narzekanie w Polsce na poziom kultury jest zjawiskiem powszechnym, w rozkwicie – że nie jesteśmy przygotowani do jej odbioru, że wszystko, co nas interesuje, to jarmarki i festyny z disco polo.

Zanim kolejny raz zaczniemy narzekać na ignorancję współobywateli, zastanówmy się – na jaką kulturę nas stać (i w zaznajomieniu się z jaką pomaga nam państwo).

Gosia Fraser