(Golgota) Picnic niezgody

Rycina przedstawiająca Teatr Globe z czasów Szekspira

Nie lubię teatru współczesnego. Nie znoszę, nie cierpię. I przypominam sobie o tym jeszcze bardziej w ostatnich kilku dniach, kiedy większość tematów kulturalnych w mediach ogniskuje się wokół dyskusji o spektaklu Golgota Picnic, anulowanym z programu poznańskiego festiwalu Malta. Wielokrotnie z tego powodu zarzuca mi się impertynencję, brak wykształcenia i prymitywizm (nie kłócę się, samej siebie nie będę oceniać).

Ta niechęć do teatru ma jednak powody. I bynajmniej nie są one spowodowane tym, że współczesnych spektakli nie rozumiem (co czasem się zdarza – nadmiar „artystycznych” „środków wyrazu” prowadzi czasem do tak zaawansowanej zawiłości „intelektualnej” czy też „metafizycznej”, że nawet osobie z dość dużym obyciem kulturowym i estetycznym trudno jest dociec, jaki jest sens oglądanej sceny).
Pewien czas temu zrozumiałam, że w pięknym kraju, w którym żyjemy, sztuka (a teatr szczególnie) stała się obuchem, którym można bezwstydnie walić, bez opamiętania i jakiejkolwiek etyki, w adwersarza po drugiej stronie ideologicznego, światopoglądowego sporu. Sytuacja z Golgota Picnic tak właśnie wygląda. Problem zasadza się na czymś więcej, niż kwestia symboli chrześcijańskich i ikonografii katolickiej użytych w tym spektaklu; otóż, na pojęciu wolności sztuki, wolności ekspresji artystycznej, z której w Polsce po 1989 roku uczyniono sobie fetysz. Nie dostrzega się jej, gdy chodzi o niekonwencjonalne adaptacje klasycznych przecież dzieł antycznych, bądź o rewolucyjne niekiedy podejście do opery. Nie widać też dyskusji na temat „wolności artysty”, gdy pojawia się problem intymnych (w dosłownym rozumieniu tego słowa) przeżyć dramatis personae w takiej czy innej sztuce – to jest do przełknięcia. Lepiej, gorzej, ale łyka się, najwyżej z drobną czkawką. Wolność artystyczną i wolność sztuki rozpala w naszym kraju jedynie religia. 

Począwszy od Nieznalskiej, która w swoim turpistycznym obiekcie ukrzyżowała penisa, skończywszy na aktualnej dyskusji o Golgota Picnic, chrześcijaństwo niezdrowo rajcuje wszystkich, którzy chcą zasłynąć z kontrowersji. Bo to ona właśnie jest dzisiaj jedynym, co daje przepustkę do niekwestionowanego rozgłosu, a co za tym idzie – finansowego „wyjścia na plus”. Wywiady, artykuły, telewizyjne „setki” i spektakle odbywające się w tajemnicy, pod groźbą ataku ze strony ekstremistycznych, katolickich środowisk kibolskich sypią się jak z magicznego kapelusza. Czysty zysk.

Tego właśnie we współczesnym teatrze nienawidzę najbardziej. Tego żerowania na prowokacji, tego dążenia do nieuzasadnionego turpizmu, tego – powiem wprost – estetycznego okaleczania i obrzydzania rzeczywistości symbolicznej, która funkcjonuje od wieków w każdej kulturze. Pytania egzystencjalne? Rzekomo w Golgocie… są. I uważam, że można je zadawać inaczej, nikogo nie obrażając.

A „wolność artysty”, jeśli ma polegać na ośmieszaniu, torpedowaniu, wręcz – dekapitowaniu przekonań innych, powinna pozostać w sali prób. I nie znajdować uznania wśród reżyserów i krytyków sztuki. „Wolność artysty” stała się bowiem hasłem, które dziś uzasadnia i usprawiedliwia wszystko, nawet najgorsze świństwo. Nie, nie na tym polega demokracja. Nie na wzajemnym obrażaniu się. I chyba za bardzo pomyliło Wam się znaczenie słów tolerancjaakceptacja. Między nimi nigdy nie było znaku równości.

Gosia Fraser