Varia, Życie

Podróże w historię z misiami (II)

Mój pierwszy miś

Jest koniec roku 1956, może 1957. Dostałam misia z Nicei. Misia Francuza – tak go nazwałam. Mruczał, miał cudowne nylonowe, jasne, kudłate futerko i filcowe łapki. I był tak bardzo inny od twardych, żółtych lub brunatnych misiów, jakie dotychczas widziałam. Ale czy lepszy?
Nicejski misio ląduje w objęciach małej dziewczynki w Mielcu. Działa tam sektor lotniczy socjalistycznego kraju i jego narodu. Rodzinny Poznań mojego ojca liże rany po wypadkach czerwcowych, a Warszawa – już po marcu i po przemówieniu Gomułki w październiku 1956.
Świat tej dziewczynki to socrealistyczne bloki małego miasta i kapitalistyczny misio. (Obecnie ma zoperowane, pocerowaniem łapki, bo mole je poraniły).

Miś-zabawka z lat '50 XX wieku

fot. archiwum rodzinne

Mój miś-pierwszoklasista

To na pewno rok 1962. Na osiedlu zamieszkałym przez robotników Cegielskiego w Poznaniu idę do szkoły. Mam rajstopy, piórnik i misia z NRD. To efekt wyjazdu mojego ojca. Z tych bajecznych dóbr „ostał mi się ino” misio (piórnik skórzany zginął w szkole, rajstopy z kolei rozdarłam biegnąc ze szkoły), bo chronił go dom. Misio Niemiec. Mruczący, z niezwykle, jak na owe czasy, puszystym i długim futerkiem. Dla mnie przepiękny. Choć wówczas wolałabym, by nie był Niemcem. 17 lat po wojnie i 6 lat po wydarzeniach czerwcowych, wychowanie w duchu socjalistycznym i pamięci II wojny światowej było w szkole bardzo przestrzegane.

Miś z NRD z lat '50 XX wieku

fot. archiwum rodzinne

Misie z moich podróży

W bloku państw tzw. „demokracji ludowej” podróżowano. Ludzie zawierali znajomości a nawet przyjaźnie, gdy nie towarzyszyło temu opiekuńcze państwo. Mój ojciec zaprzyjaźnił się z pewnymi przesympatycznymi ludźmi z Moraw, dosłownie do „grobowej deski”. Zawdzięczam tej kilkudziesięcioletniej przyjaźni liczne wspaniałe chwile, ale i misie. Do chwili obecnej posiadam misia polarnego ze sklepu z zabawkami z Brna (rok mniej więcej 1965) jak i jego kolegę kupionego dla mnie, przez ojca, w varietes w te same wakacje, bardzo małego, miodowo-żółtego miśka z ruchomymi łapkami. Cud na polskich podwórkach w ówczesnym okresie. Ale do łyżki miodu muszę dołożyć łyżkę dziegciu; kolejne wakacje w Czechosłowacji uzmysłowiły mi, jak na stosunki międzyludzkie może wpłynąć bratnia, międzynarodowa pomoc. W sierpniu 1969r. , w rocznicę operacji Dunaj znalazłam się na ulicach Brna. Pamiętam pełen napięcia ton ojca tłumaczący, że chyba zrezygnujemy ze zwiedzania, jego mocno mnie trzymającą rękę, ciężarówki milicji i wojska, i gazy łzawiące, długo unoszące się w ulicach centrum Brna. Bilans – mały brązowy misio z kiosku przy dworcu (wracaliśmy pośpiesznie do naszych gospodarzy pod Brnem), zatroskane twarze ojca i jego przyjaciela przed telewizorem. I dopiero znacznie później okazało się, że bilans krajowy – to 5 ofiar śmiertelnych w Pradze, Brnie i Libercu, w ramach tej rocznicy.
Polityczny letarg trwał do aksamitnej rewolucji 1989r.

Misie z lat '60 XX wieku, Czechy

Miś-zabawka z Czech, lata '60 XX wieku

fot. archiwum rodzinne

Misie, nawet nie chce mi się ich zbierać

Matura, podróże do NRD (intensywnie uczyłam się niemieckiego), studia. W epoce gierkowskiej misie nieco wyładniały, ale nadal zagraniczne odstawały i były atrakcją dla dzieci. Wiele misiów podarowałam wówczas w lepsze, dziecięce ręce. Ale też zgromadziłam misie dziwne – filcowe i aksamitne miniaturki czy mosiężną figurkę – już nie misia a niedźwiedzia. Aż przyszedł rok 1980. Po olimpiadzie letniej znalazłam się w Moskwie. Wówczas nabyłam tandetną (jak wszystkie tego rodzaju) maskotkę igrzysk – misia „Miszę”. Myślałam o jego pancernym (bo z gumy odpornej na mole) futerku, ale mimo to niezmiernie się zdziwiłam, gdy okazało się, że przetrwał w dobrej formie swoją ojczyznę.
Jednak o czasach, które zapanowały w świecie misiów po roku ’88 , zapraszam poczytać za tydzień.

Misie-zabawki miniaturki lata '70 filc

fot. archiwum rodzinne

Standard

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *