Nie potrzebujesz przewodnika, by zwiedzić miasto

Co to znaczy zwiedzać, poznawać miasto? Czy to tylko przebieżka przez najważniejsze place, ulice, parki, jak chciałaby dzisiejsza superszybka turystyka? A może wrzucenie kilku (nastu, dziesięciu) zdjęć różnych miejsc na Instagram czy na Facebooka, bezrefleksyjne całkiem, takie zwiedzanie, pochłanianie przestrzeni? Obu tym rodzajom „zwiedzania” nieodłącznie towarzyszy przewodnik, trzymany w ręce turysty. Nie, nie po to, żeby go czytać. Nie po to, żeby sprawdzić, przed jakim obiektem aktualnie się właściciel książki znajduje. Przewodniki to swego rodzaju emblemat. Znak rozpoznawczy turystów. Ogólnoświatowy i uniwersalny. I chyba dlatego właśnie tak bardzo ich nie używam, gdy jestem w drodze.

Nie, to nie tak, że ich nie lubię, że nimi gardzę. Nic z tych rzeczy. Przewodnik chętnie brałam do ręki niejeden raz tydzień lub kilka dni przed podróżą, kiedy reisefieber nie dawało mi zasnąć. Nie ma też chyba lepszego sposobu by unieść się nad Francją czy Włochami niby ptak i w kilka sekund mieć tak zdawałoby się, kompletny ogląd na wszystko. Na tym polega przecież magia map. Ale to mapy; mimo mojego uwielbienia dla ich szczególnego mistycyzmu nie dadzą mi tego, czego potrzebuję najbardziej.

A potrzebuję niewiele. Potrzebuję zgubić się w mieście. Pooddychać jego zapachem, tym słodkim, ślicznym, dobywającym się z piekarni, które tak kocham w Berlinie i Paryżu, przez wilgoć nicejskiego Targu Zielonego, aż po przegniłe, brązowawe liście gromadzące się w zakamarkach gdańskich podwórzy. Tego nie da mi żaden przewodnik… i, prawdę powiedziawszy, nie potrzebuję ich, by zwiedzać miasta, by się miast uczyć, by poznawać ich historię. Opowiadają mi ją ludzie, których spotykam. Wsłuchuję się w nią w restauracjach, kawiarniach, w metrze, w zapadającym zmroku na mniej lub bardziej znanych i bezpiecznych ulicach.

Dla przewodników znalazłam jednak w swoim życiu inne zastosowanie; są jak albumy fotograficzne, pełne wspomnień. To pomiędzy ich kartki wsuwam pocztówki, ulotki i inne papierowe nieistotności, które wpadają mi w ręce podczas podróży. To w nich zasuszam znalezione rośliny. Uczę się miejsc „na żywo” – nic jednak lepiej od przewodników nie potrafi mi przypomnieć czaru słońca zachodzącego nad praską Wełtawą ani wyniosłości berlińskiej Unter den Linden Strasse.

Gosia Fraser
  • seductill

    Najlepszymi „przewodnikami” zawsze będą chyba ludzie – nie ci profesjonaliści, hurtowo oprowadzający po pocztówkowych lokalizacjach, tylko ci, z którymi można pooddychać miastem, zobaczyć je tak, jak widzi ktoś, kto tam mieszka i w dodatku to lubi, zna nowsze i starsze, fascynujące zakamarki…