SamSeks #2: Biopolityka i biowładza

Okruchy Kultury - SamSeks #2: Biopolityka i biowładza

Kiedy zaczęłam myśleć o tekstach dotyczących genezy władzy, w naturalny sposób splotły się one z cyklem dotyczącym erotyzmu i seksualności. Niejeden już raz pisałam o tym, że seks jest wolnością; najpełniejszą i właściwie jedyną formą nieograniczonej ekspresji, jaką dysponuje człowiek. Dlaczego jedyną? Bo seks zawsze wymykał się władzy. Nieuchwytny, niedefiniowalny. Trudny do ujęcia w jakiekolwiek ramy prawne, filozoficzne, krępowany jedynie rozmytym, nieostrym pojęciem moralności, które ostatecznie wzięła we władanie ponowoczesność, sprowadzając je do jednostkowych przekonań.

Mniej więcej w XVIII wieku rodzi się intensywność prób rozciągnięcia władzy – przede wszystkim prawnej – nad ludzką seksualnością i wolnością. To z początku tylko władza nad ciałem, dyscyplinująca życie człowieka, ujmująca je w karby tresury, doskonalenia i sprawności mających służyć jedynie lepszemu wydobywaniu jednostkowych sił; wzrost użyteczności człowieka, skorelowany ze wzrostem jego posłuszeństwa wobec systemu ekonomiczno-społecznego (a co za tym idzie, politycznego). Osią, wokół której buduje się ludzkie życie, ma być produktywność i przydatność; naturalną konsekwencją jest więc kontrola urodzin i umieralności, stanu zdrowia, ciągłości życia, długowieczności. Regulacja tych procesów – bo przecież ludzkie życie jest w świetle biopolityki populacji jedynie procesem – to pierwszy krok do wyrachowanej, szybkiej administracji ciał i zarządzania ludzkim życiem.

Biowładza rodzi się właśnie na tym gruncie. Niezbędna w dobie rozwoju kapitalizmu, kiedy to człowiek staje się złożonym aparatem wytwórczym, rozwija całą gamę narzędzi, dzięki którym poddaje ludzkie życie ścisłej kontroli i kierunkuje je jedynie na społeczną przydatność oraz wytwórczość. To właśnie najsilniej narzuciło mi się przed oczy, kiedy czytałam Ziemię Obiecaną; wepchnięci w ramy własnej marności, biologicznej nędzy, pozbawieni bliskości – więcej – możliwości (w sensie potencjalnym) przeżywania bliskości, bo ograbieni z prywatności, rozdzieleni, samotni i rozdarci ludzie służący jako narzędzia. Otrzymujący najniższą możliwą zapłatę za pracę, najniższą – by starczyło im jedynie do następnego dnia, by nie myśleli i nie żyli niczym więcej, jak pracą. Zarządzani w sposób doskonały, uniemożliwiający bunt – bo wszelki bunt bierze się z prywatności i z czułości, z przejrzenia się w drugim człowieku i powiedzeniu na głos, w ciepłej jeszcze pościeli: chcę żyć inaczej

To właśnie w tym czasie powstał najbardziej subtelny, a zarazem okrutny nadzór nad ludzkim życiem; zaczęliśmy pojmować je jako funkcjonalność podstawowych potrzeb, mówić o prawie do życiaprawie do ciała…

… prawie do szczęścia, do zaspokojenia potrzeb, do odnalezienia własnej tożsamości. Poza wszelkim uciskiem…

… I nie zauważyliśmy nawet, kiedy seks stał się przedmiotem operacji politycznych, ekonomicznych, kampanii ideologicznych pod hasłem takiej czy innej moralności bądź odpowiedzialności.

– Takie jest życie.
– Nie, to my je takim uczyniliśmy.

Gosia Rybakowska