(Nie)nazywam się Ona

Jacek Malczewski - Artysta i chimera
Jacek Malczewski – Artysta i chimera

Podobno nazywając świat, dookreślamy, oswajamy rzeczywistość, w której żyjemy. Wszystkiemu nadajemy imię; to jest ginko biloba, a to – hedera helix. Niedoskonałym, ludzkim językiem nazywamy swoich bogów i państwa, w granicach których żyjemy – pradawne Noricum – obco brzmiąca nazwa, złowroga i tajemnicza, określająca ziemię chłodnokrwistych ludzi żyjących po drugiej stronie granicy – limes – wytyczającej ramy starego świata Cesarstwa. To, co nazwane, jest nasze – tożsame, oswojone, zbadane.

I sobie samym nadajemy imiona; bo tylko mając imię, zyskujemy tożsamość, odcinając się wyraźnie od Innego – wyznaczając granice siebie i swojego panowania, opowiadając światu: patrz, oto Ja i wszystkie moje dokonania. Nadając sobie imiona, ludzie stworzyli fascynujące uniwersum symboliki, zaklinając w niej wszystkie swoje marzenia o sile, potędze i długotrwałości własnego istnienia… Stało się też tak, że przynajmniej część z nich się wypełniła; bo czy jest coś, co idzie za człowiekiem przez stulecia bliżej jego istoty, niż imię właśnie – więcej – niż jego nazwisko? Czy bez nazwisk cytaty miałyby tę samą moc…? A wynalazki? A punkty zwrotne w historii świata, traktaty, wojny, akty…?

Nie. Nie… i może dlatego właśnie tak trudno jest mi pogodzić się z tym, że w świecie, w którym imię i nazwisko jest ponadwidzialną reprezentacją tego, że jestem, nie mam własnego. Jestem kobietą; jestem Ona. Nie nazywam się, bo wszystko, co mam, to nazwisko ojca. Niewiele mam w swoim imieniu; jest powtarzalne, jest jak nieistotność nadana mi ot, jedynie po to, bym nie była to. By można odróżnić mnie od inwentarza na starość, by za młodu można było przez chwilę wymawiać to imię z odrobiną tylko słodyczy.

Dlaczego kobiety nie mają nazwisk? Dlaczego – przez tysiąclecia – przynależymy wpierw do ojca, potem zaś do męża? I czy nie jest tak, że ta semantyczna nierówność, to pierwotne, zapomniane niemal dookreślenie podległościwłasności na zawsze zdefiniowało wynik wszelkich potyczek o miejsce, które zajmujemy w świecie…? Inaczej wręcz: o to, jaką częścią świata jesteśmy?

I co stanie się, gdy pierwsza z nas postanowi nazwać się sama?

Gosia Rybakowska
  • Martyna Tarnawska

    Tekst świetny, choć smutny. Bo przeraża nie tylko to, że tylko to, co nazwane ma dla nas jakąkolwiek wartość, ale i to, jak wiele kobiet podąża konwenansem, jakim jest przybieranie nazwiska męża… ot tak. No właśnie, konwenans, reguła, utarta tradycja. Kiedy czasem śmiało podczas rozmów z koleżankami poruszam ten temat i gdybam: ‚nie wiem, czy chciałabym zmienić nazwisko’, pytają mnie dlaczego chcę się zbuntować, być inna, wyróżnić się. A tu nawet nie o bunt sam w sobie chodzi, a o poczucie przynależności. I „o to, jaką częścią świata jesteśmy?”. Pisz tak więcej :) M.

    • BGN

      Masz rację ;-) Ja uważam, że fajną formą jest „nazwisko_żony-nazwisko_męża”.

  • Uhm, ja tylko z małą uwagą ortograficzną – nazwy łacińskie rodzajów piszemy z dużej litery, lajk Ginkgo biloba, albo Hedera helix.

    Pzdr.

  • Piotr Dobry

    W czym rzecz? W nazewnictwie? Tak, to tragedia…, że niektórzy nie mają sobą nic więcej do zaoferowania niż nazwy.
    Mam na imię Piotrek. Czy to czyni mnie tym samym czymś, co innych Piotrków? Czy istnieje Piotrkowatość?
    Jeśli tak uważasz, to chyba podpisujesz się pod sensem takiego wpisu, jak ten tutaj. I przez krótką chwilę Ci współczuję i życzę Ci, abyś przestała czy przestał tak myśleć, a skupił się na tym, co ma wartość. Twoje imię, nazwisko czy nazwa nie jest żadną wartością (i nie będzie nigdy, jeśli wciąż będziesz je deprecjonować).
    Tylko przez chwilę, bo za moment wracam do ustanawiania siebie w świecie. Siebie, a nie nazwy, nicku, imienia, czegokolwiek podobnego.