Zapiski z podróży (III)

Gdańsk, grudzień 2013
Gdańsk, grudzień 2013

Is it written in the stars
Upon the Milky Way
We must burn bright
Before we fade away…?

Chmurne, ołowiane niebo i wilgoć pełznąca po skórze pod płaszczem, osadzająca się na rzęsach niepokojąco ciężkimi kroplami. Przypominam sobie, po co tu przyjechałam i wiem, że kryzys mojego bycia-w-świecie może polegać tylko na jednym – na związaniu się ze światem, na zatraceniu świadomości, że jedyny możliwy sposób istnienia to istnienie pozaobok, a jednocześnie tak bardzo wewnątrz. Gdańsk uczy dystansu. Smakuje miodem-półtorakiem, podgrzewanym w ocieplających się po lodowatym deszczu dłoniach.

Wszystkie nasze próby mitologizacji, uświęcenia rzeczywistości mijają się z tym, co powinno wychodzić nam najlepiej – z nadawaniem sensu światu. Kiedy idę przez Gdańsk, przypominam sobie nazwy miejsc, jakie nadałam im sześć lat temu, kiedy znalazłam się tu po raz pierwszy. Nie pamiętam ulic, placów, skrzyżowań. Identyfikuję jedynie chropawość cegieł, cichy, delikatny rozkład trawiący to miasto od stuleci. Hanzeatycką dumę, potęgę dębu, spiżu i rokokowej próżności, surowość gotyku, pocałunki wojny.

***

[…] Wiesz, ten zapach morza, ta sól w nozdrzach, ten piasek zdzierający mi stopy do krwi i ten ból w mięśniach po pierwszym razie na plaży. Po tych pierwszych dwudziestu czterech kilometrach prze-bytych boso, nie wiedzieć na końcu, czy po kamieniach, czy w słonej wodzie, czy po piachu… (Lipiec 2011)

***

Czas chce, byśmy przyzwyczaili się do wiedzy. Ruch, brak miejsca, bezczas to rewizja. To nieustanne falsyfikacje wszystkiego, co wiemy i co mamy. Upojna zmienność, uwodzicielska płynność. I tajemnicza, paradoksalna stałość leżąca u podstaw tego wszystkiego; stałość dążeń, pragnień, snów. Nieustanne stawanie się, definiowanie, dookreślanie tożsamości, może też to-samości. Czas jest najpotężniejszym, czego doświadczamy. I to właśnie nad czasem – w przewrotny, niezrozumiały na pozór i kwantowy, efemeryczny sposób – mamy największą władzę.

Gosia Rybakowska
  • Pomorze ma coś w sobie, czego nie ma żadne inne miejsce, jakie znam. Spacerując po ulicy Długiej, Kartuskiej czy po Waryńskiego czuje się ten niepowtarzalny klimat, a może po prostu wspomnienia tak na mnie działają, że nigdzie indziej nigdy tak się nie czułem i zapewne czuć się nie będę? Nie ważne, kocham polskie morze, kocham Neptuna, kocham Sopot…