Zapiski z podróży (II)

Paryż - Luwr, ostatnie dni sierpnia 2013
Paryż – Luwr, ostatnie dni sierpnia 2013

Jeśli mogę Cię o coś prosić – zgub się w tym mieście…

Wysiadam z metra na stacji Bastille. Wilgotny, ciepły jak na grudzień wieczór. Nie planuję niczego. Nie wiem, dokąd iść. Zdaję sobie jedynie sprawę z ogromnego niedostatku, niedosytu, z tego, jak wiele ostatnio zabrał mi pośpiech i doskonale opanowana umiejętność zaginania czasoprzestrzeni jedynie po to, by upchnąć w niej jeszcze jedno spotkanie, jeszcze jednego człowieka, jeszcze kilka spraw. Zwalniam więc… zwalniam, kiedy trafiam na całkowicie opustoszały Place des Vosges. Cisza drzew, z których już opadły liście. Delikatny szmer ludzi w pobliskiej herbaciarni, zapach trawy cytrynowej, wyraźny i aksamitny w lekkim, rozrzedzonym powietrzu.

Gubiąc się w mieście, nie kreśląc swoich ścieżek na żadnej innej mapie niż ta, która od pierwszego spotkania z Paryżem buduje się w mojej głowie, poznaję najpełniej; nie muszę czytać przewodników. Nie muszę wiedzieć, gdzie i o której godzinie chcę skończyć – bo nie ma końca. Jest topografia miasta, złożona ze stacji metra, ulic, ludzkich spojrzeń, uśmiechów i drobnych gestów. Jest mapa zawierająca nic więcej ponadto, co mi najpotrzebniejsze; pulsujące żyły komunikacji, ciepłe węzły szklanych pasaży wypełnionych antykwariatami, książkami i hinduskimi składami tkanin. Jeśli mam jakąkolwiek stałość, jeśli stałość ma sens – zamyka się w niedzielnym poranku w Cafe la Flore, w cierpkiej kawie (choć wiem, że teraz jest czas, bym uczyła się herbaty). I w targu, na którym najpiękniej jest wziąć ser, wino i zgubić się dalej.

Bastille, Place des Vosges i dalej wszystkie te ulice, których nazw nie pamiętam, bo nie zwracałam nawet na nie uwagi; żydowskie knajpy, archiwum państwowe, stareńka biblioteka historyczna. Woda szemrząca w wartkim biegu przy brzegu ulicy. Wilgoć pnąca się po murach, jak chropowaty bluszcz. Kołyszący się w zmroku, w letargu chłodu i deszczu organizm miasta. Miasta, w którym nie trzeba bać się zgubienia ścieżki. Miasta, w którym nawet nie ja wybieram drogę – to ona mnie znajduje, cichym szelestem wiatru, liści. Nakładających się przez stulecia warstw historii ludzi, myśli i zdarzeń.

Gosia Rybakowska