Tęsknię za muzeami

Muzeum Pergamońskie, Berlin, sierpień 2013
Muzeum Pergamońskie, Berlin, sierpień 2013

Wiesz? Chciałabym pójść do muzeum. Tak po prostu. Usiąść przed obrazem i móc patrzeć na niego, wsłuchując się w szum klimatyzacji i ledwo słyszalne szemranie wilgotnościomierzy. Pociągnęłam łyk dżinu z tonikiem i wtuliłam się w oparcie kanapy, rozprężając myśli po zabieganym tygodniu zdominowanym przez składanie kolejnego numeru kwartalnika. I odpłynęłam pamięcią do Poznania. Do miasta, w którym tak dawno nie byłam inaczej niż przejazdem, na chwilę, na szybką kawę, na moment rozmowy. Do miasta, w którym stawiałam swoje pierwsze kroki w świecie sztuki i kultury.

Muzeum Narodowe w Poznaniu, od którego wszystko się zaczęło, to dla mnie przede wszystkim pamięć o wystawie Vanitas, ukazującej przekrój polskiego portretu trumiennego. Miałam osiem lat, kiedy ujęła mnie dostojna czerń aranżacji sal starego gmachu Muzeum, przecięta złotem i srebrem przypominającym o kruchości ludzkiego życia przepełnionego marzeniami o potędze. Później poszło już łatwo: wystawa poświęcona malarstwu Rembrandta. Doskonale przygotowana ekspozycja Od Maneta do Gauguina (z najprzedniejszymi dziełami impresjonizmu i postimpresjonizmu wypożyczonymi z paryskiego Musée d’Orsay). Zawierająca mnóstwo szczegółowej wiedzy wystawa poświęcona Polsce sarmackiej w 2004 roku. A w międzyczasie – podróże po Polsce i ukochane Muzeum Czartoryskich, niesamowita wystawa twórczości Władysława Hasiora w Warszawie, wreszcie zaś – włoskie, niemieckie i czeskie galerie malarstwa, rzeźby i sztuk użytkowych. Bez nich nie byłoby mnie. Mnie sprawnie poruszającej się pomiędzy epokami, motywami, nazwiskami. Pomiędzy polityką powstawania dzieł i zawiłościami mecenatu. Tak – te muzea w ogromnej mierze ukształtowały moją fascynację sztuką, ale też moją wiedzę – wraz z książkami Estreichera i Białostockiego.

I bardzo za nimi tęsknię. Bo z jednej strony – choć muzea narracyjne, współczesne, pełne multimediów to doskonała odpowiedź na dzisiejsze czasy – Muzeum Powstania Warszawskiego tego najlepszym przykładem – to nie znajduję w nich oddechu, który zawsze towarzyszył mojemu poznawaniu historii, sztuki i świata. Chciałabym móc się zatrzymać. Pomyśleć. Nie podążać za strzałkami wskazującymi kierunek zwiedzania. I nie słyszeć żadnych odgłosów oprócz szumu aparatury regulującej warunki klimatyczne w pomieszczeniach. Tak, oczywiście – malarstwo, rzeźba potrzebują innego rodzaju przestrzeni wystawienniczej, niż powstańcze pamiątki. Z pewnością. Nie chcę jednak, by w każdej współczesnej placówce muzealnej moje zmysły były atakowane wszechobecnością multimediów. Nie chcę, nie potrzebuję dotykać. Wystarczy mi spojrzenie i wymięty szkicownik w kieszeni, który w ułomny sposób pozwoli zapisać myśli, wrażenia. Nieważne, czy słowem, czy też obrazem.

Nie mam pojęcia, jakiego cudu dokonać, by móc wykroić czas na Luwr czy wspomniane już Musée d’Orsay, gdy znów za tydzień wrócę do Paryża. Wiem tylko, że coraz bardziej brakuje mi powrotu do mojego starego świata, w którym na obrazach flamandzkich mistrzów światło cudnie zbiera się w doskonale namalowanych szkłach, a skórka obieranej niewidzialną ręką cytryny przypomina najpiękniejszy bursztyn.

Gosia Rybakowska
  • Kolejny ładny tekst. Taki czuło-głęboki. Niespotykany w pędzie.