Miasta graniczne, miasta rozproszone – Strasburg

Sztrasburg, listopad 2013
Strasburg, listopad 2013

Kiedy biegniemy na Gare de l’Est w Paryżu, świta. Zimno lęgnie się przy skórze, a powietrze stoi, nieruchome osobliwą ciszą. Prawie zapomniałam, jak brzmi – dawno nie przemieszczając się w trzewiach miasta o tej porze. Wsiadamy do pociągu, zdenerwowani, w milczeniu, to dwie godziny odpoczynku od świata. Szansa na oddzielenie myśli od biegu.

To podróż na wschód. Zimna, ciemna, nieprzystępna ziemia. W perspektywie Alzacja, bardziej niemiecka niż francuska, pocięta kanałami, po których suną leniwe barki. Ołowiane, wysokie niebo i rozkopana, ciężka gleba, zryta kolejnymi stadiami modernizacji przestrzeni.

Wreszcie Sztrasburg. Chwilowy zachwyt nad dworcem, o którym dopiero później zrozumiem, że jest jedynym dobrym elementem tego miasta (kocham dworce – ich płynność, bezczasowość, niewidzialne połączenia pomiędzy poszczególnymi miastami… budowane na emocjach i ruchu przemieszczających się przez nie ludzi). Ciasne ulice, ściśnięta, secesyjna zabudowa centrum. Mieszczańskie kamienice, wytworne i spokojne, skrywające wszelką patologię początku stulecia awiacji i wojen, Końca Epoki. Jadąc taksówką wtulam się w bezpieczną wełnę kraciastego szala, drżę, może to niedospanie, może zimno, może…

… bezczasowość i odrealnienie budynków instytucji Unii Europejskiej, które wyłaniają się nieoczekiwanie, burząc wszelką stabilność krajobrazu. Pozornie nowoczesna architektura wydaje się groźna i nieprzystępna. W jakiś tajemniczy sposób – odczłowieczona. I zbudowana na władzy, dalekiej od idei równości, otwartości i tolerancji, pod egidą których działają Parlament Europejski i Komisja. Wpadając w ciemne, czarne wręcz korytarze wypełnione dokumentami wiem już, że nie chcę tu być, nie chcę tu pracować, że nie znajdę tu niczego, co byłoby moje. Piję kawę pozbawioną smaku, jem ser, francuski, pleśniowy ser, który nie pachnie. I niemiecką, ciężką bułkę przywiezioną zza oddalonej o dwa kilometry granicy. Dobrze czuję się jedynie w chwili, gdy po francusku – samodzielnie i bez niczyjej pomocy – zamawiam sobie quiche ze szpinakiem i narzekam, że nie mam mniej, niż 20 euro. Wiem, że to dla pana problem, panie z obsługi. Ale wiem też, że tu nikt nie ma mniej, niż 20 euro.

Budynki otoczone są nieużytkiem. Gdzieniegdzie warsztat samochodowy, wulkanizacja. Stacja benzynowa, supermarket. Wrażenie to nie zmienia się, gdy wieczorem centrum Sztrasburga rozświetla się ciepłymi latarniami; ludzie zdają się nie znajdować tu miejsca, zakorzenienia. „Stolica Europy” jest stolicą niczyją. Nie pasują tam nawet świąteczne reklamy, których pełno już w całej Francji – bo Sztrasburg to miasto rozproszone, po którym przemykają cienie. Cienie z teczkami. Cienie w krawatach. Cienie w taksówkach. I gasnące światła pogodnej, lśniącej dawną klasą starości w tramwajach o zmierzchu.

Gosia Rybakowska
  • Sztrasburg to przez spolszczenie? Bo to rzadko spotykana pisownia i raczej nie oficjalna.

  • PerHour

    Sztrasburg się czyta, pisać powinno się przez S.

    • Śmiem się nie zgodzić co do wymowy. „Szt” to wymowa typowo niemiecka, ale nie ma żadnego uzasadnienia wymawianie „z niemiecka” francuskich (czy jakichkolwiek innych) nazw.
      Owszem, „Sztrasburg” powie Niemiec, tak samo jak powie „Sztutgart” i „sztrase”. Formalnie we Francji zarówno pisownia i jak wymowa nazwy tego miasta to „St…” :)

  • No i na nic moja chęć spolszczenia… :)
    Skoro Was ta pisownia razi, poprawię – przyznam jednak, że mnie z kolei średnio się układają polskie zdania z obco-pisaną nazwą, stąd takie jej potraktowanie.

    • Od razu razi… :) Zbyt mocne słowo. Bardziej mnie to zaskoczyło, jednak zakładałem że zrobiłaś to świadomie. Nigdy by mi do głowy nie przyszło domagać się modyfikacji.