O czytaniu fantastyki

Braderie de Lille, 2013

Jesteśmy dorośli. Zajmujemy się poważnymi sprawami, otaczamy się poważnymi ludźmi. I pracujemy. 24 godziny na dobę, 7 dni w tygodniu. W moim przypadku – niemalże 365 dni w roku. Niemalże, bo kiedy nie pracuję – czytam. Paradoksem jest, że czytanie to też spora część mojej pracy. Nie będę Wam tu jednak marudzić o książkach z zakresu filozofii, polityki i medioznawstwa, a o fantastyce, która niejeden raz stała się przyczyną do porządnego zwyzywania się ze wzmiankowanymi już poważnymi ludźmi.

Bo przecież nie wypada. Fantastyka? Jesteśmy tacy poważni! I szkoda czasu na czytanie jakichś bzdur o nieistniejących światach, magii, przygodach oderwanych od rzeczywistości bohaterów, z których połowa to niewydarzeni czarodzieje, a druga połowa – rzezimieszki spod ciemnej gwiazdy.

Okej. Zgoda. Szkoda Waszego czasu również na czytanie tego tekstu. Bo te fantastyczne bzdury były i są chyba jedną z najważniejszych rzeczy, które mnie stworzyły i które wciąż mnie tworzą. Możecie sobie krytykować Sapkowskiego, Tolkiena, czy też mojego ukochanego Stevena Eriksona. Ale hola, podobno będąc poważnym człowiekiem, można krytykować tylko to, o czym ma się jakieś pojęcie (wtedy krytyka jest racjonalna i dobrze umotywowana)… czytaliście? Macie pojęcie? Nie? To Wam opowiem.

Fantastyka to książki, które dały mi odskocznię od smutnej, siermiężnej i ponurej Polski mojego dzieciństwa (nota bene, za wiele się nie zmieniło, dostaliśmy Internet – zaczęliśmy uciekać od rzeczywistości w inny sposób. Pytanie tylko, czy bardziej wartościowy…?). I które nauczyły mnie bardzo dużo o przyjaźni, miłości, wierności. O stałości przekonań, o wartości, jaką daje posiadanie złożonego, stabilnego kręgosłupa moralnego. I nie, nie zawsze lubiłam najbardziej pozytywnych bohaterów. Fantastyka nauczyła mnie tolerancji dla odmienności. Dla wielości kultur, religii i przekonań. Łączenia faktów, holistycznego spojrzenia na rzeczywistość (złożoność i wielowątkowość niektórych powieści dorównuje Ulissesowi). I empatii. Współczucia. Wzruszeń (do których tak niewiele dziś mamy powodów). Słowem: fantastyka dała mi wszystko to, czego powinna mnie nauczyć szkoła na lekcjach wychowawczych, a na co nie było czasu, bo ważniejsze było wypełnianie papierów, ochrzanianie uczniów za nieobecności, spóźnienia i niechęć udziału w szkolnej wigilii.

I wiele więcej. Bo mam takie dość solidnie ugruntowane przekonanie, że dzięki fantastyce między innymi jestem jednym z tych ludzi, którzy nie załamują się problemami, tylko – nawet, jeśli jest najgorzej – po prostu idą na spacer i cieszą się lotem sikorki, szumem morza, pięknem chmur. Infantylne to i niepoważne, ale pozwala złapać zdrowy dystans do rzeczywistości.

A reszcie polecam od czasu do czasu rozluźnić krawaty :)

Gosia Fraser