Paryż. Oswajając przestrzeń

Paryż, połowa października 2013.
Paryż, połowa października 2013.

Jedenastomilionowy Paryż wita mnie nieczułością betonowych zabudowań Terminalu 1 na lotnisku De Gaulle’a. I absurdalnie brzmiącym Mozartem, który towarzyszy przesuwaniu się po zdezelowanej taśmie transportującej pasażerów w kierunku wyjścia z labiryntu lotniskowych korytarzy. Przez pół godziny jedziemy do centrum, a ja obserwuję wielobarwny tłum ludzi i sprzeczności, które zamieszkują – przesuwające się za oknem kolejne dzielnice – slumsy, postindustrialne, zaniedbane przestrzenie, a w tle, wiele kilometrów dalej za nimi – piętrzący się Montmartre z dominującą bryłą Sacré-Cœur.

Nocą wsłuchuję się w doskonale wyczuwalne tętno miasta… Teraz jednak przewijam czas do momentu, w którym siedzimy gdzieś pośrodku dzielnicy żydowskiej, na rachitycznych, rozkładanych krzesełkach, zajmujących pół chodnika. Sałatka i wino, wino grejpfrutowe, słodkie i pachnące, po którym przecież nic-człowiekowi-nie-jest. I nie jest, a jedynie gubimy się chwilę później w labiryncie ulic-galeryjek ciasnych od gnieżdżących się tam antykwariatów księgarskich. Na wystawie jednego z nich – stary album o Warszawie… Przeszklone chodniki zaginające delikatnie czasoprzestrzeń, zwielokrotnione w witrynach zamkniętych już sklepów własne odbicie, i dalej – bieg, bieg, w nieznośnym, późnoletnim słońcu, które razi w oczy i wydobywa bezlitośnie całe zmęczenie. Noc, która przychodzi, jest ulgą. Ulgą od ludzi, od gwaru, od biegu. A ulga smakuje jak mojito z orzechami w miodzie.

Nie kocham się z tym miastem, a nawet, jeśli, to moja miłość jest trudna. Nie łapię się na ckliwość i fakt, że jestem tu swoja, że pasuję, że czuję się naturalnie, nieobco, że Paryż nie obraża się na mnie, ale próbuje przytulić. Niezdarnie, w nieco wyuczony, dziwny dla mnie sposób. Z ulgą początkiem września wyjeżdżam do Lille.

Paryż, początek września 2013
Paryż, początek września 2013

Wracam w połowie października, strosząc się już podczas lotu Air France. I znów lotnisko, gonitwa, uspokaja mnie dopiero deszcz w północno-wschodniej części miasta, żelazny most przerzucony nad leniwie płynącym kanałem, właśnie trwa szabat. Pokój oddycha wilgocią, otwarte okno i wiatr, jest dobrze, jest spokój, ta wilgoć i odgłos kropel to dobry klimat, by się zadomowić, chociaż na chwilę.

Następnego dnia wchłaniam książki i treść, oglądam ludzi, spokojnie, miarowo przesuwając się przez miasto, udając, że nie zauważam jego wielkości. Bo Paryż swój ogrom idealnie ukrywa. Wytworność, miejscami przeradzająca się w kicz, swoiste ustatkowanie tkanki miasta, jej wielowarstwowe gromadzenie się w określonych punktach dają złudzenie znajomej, zagospodarowanej przez moje myśli przestrzeni. I zaprzyjaźniam się z tym miastem, wykreowanym a jednocześnie samodzielnie wyrosłym na ludziach, historii i sprawach, dokładnie w chwili, w której wjeżdżając na n-te piętro pewnego budynku spoglądam na zmierzch pożerający zabudowane wielokąty kamienic. Porywisty wiatr i zapach zbliżającego się listopada. Wiem, że oswoiłam Paryż. Że mogłabym tu zamieszkać. Że czasem miłości trzeba się nauczyć. Jedno mi tylko doskwiera, kiedy na Gare du Nord pytam, cokolwiek jedzie stąd na Południe? Odpowiedź nie zachwyca, bo nijak stąd dostać się do domu.

Czy można mieć więcej, niż jeden dom…?

Jutro kolejny lot.

Gosia Rybakowska
  • Happier at Life

    „Tam dom, gdzie serce Twoje” – to jedyna definicja domu, która do mnie przemawia. A więc można.