Warszawa. Miasto rozproszone

Warszawa, ul. Mokotowska, luty 2010.
Warszawa, ul. Mokotowska, luty 2010.

Gdy do niej wracam kilka dni temu, wita mnie mgłą i wilgocią zakradającą się niepostrzeżenie pod prochowiec. Jest południe, a niebo nie wygląda inaczej, niż te trzy i pół roku temu, kiedy w październiku przyjechałam do kogoś w odwiedziny, a w mojej głowie powstała myśl, że przecież można tu zostać; wysoka, przepaścista bladość, śmiertelny odcień żółci przebitej srebrem. Warszawa. Miasto rozproszone, miasto bezładne, miasto moje wymarzone, a potem znienawidzone.

Bo życie w Warszawie to bitwa. Z ludźmi, z rzeczywistością, z własnymi słabościami. Ze zmęczeniem, z ubóstwem i z przypadkiem. Z tym ostatnim najbardziej, bo poznając Warszawę w początku zimy 2009 zrozumiałam, że to on rządzi tym miastem najbardziej. I to w dodatku nieoficjalnie, jak szara eminencja. Pozornie przecież wszystko jest ułożone. Są plany zagospodarowania przestrzeni. Są przetargi, są prace, są komunikaty dla mieszkańców o nadchodzących utrudnieniach w ruchu…

… I jest noc. Jest noc, kiedy wdrapuję się na ostatnie piętro hotelu InterContinental i patrzę na miasto. Na zachód, na ciemniejące tam grupy starych, zapuszczonych kamienic. Na zmęczone czasem przestrzenie wokół dawnych terenów kolejowych. Na wschód, na schodzące ku rzece niegdyś reprezentacyjne, dziś – ze złamanym kręgosłupem – Powiśle, do którego tuli się Mariensztat. Za Wisłą – zapach palonych liści, migotliwe, błyszczące, nocne miasto w mieście: Praga. Praga, gdzie czułam się najlepiej. Bo jest może najmniej i najbardziej warszawska zarazem. Przypomina mi ukochaną, poznańską Wildę, gdański Wrzeszcz, krainę rozpusty i obieranej cebuli.

Warszawa, okolice ul. Wiejskiej, marzec 2011
Warszawa, okolice ul. Wiejskiej, marzec 2011

Nie wiem, co to jest warszawskość. Nigdy nie zdążyłam się tego nauczyć, dowiedzieć. Nie powąchałam jej, nie wiem więc, jak smakuje. Widziałam ją jedynie przez ułamki minut, w zrujnowanych, opuszczonych podwórzach kamienic, jak ta w pobliżu Wiejskiej, gdzie właśnie ktoś umarł, a jego rzeczy osobiste po prostu wyrzucono przez okno z lokalu na śmietnik. Znalazłam tam stary młynek do kawy, starannie opisany męskim, chwiejnym pismem słoik z nasionami kolendry, a także złamany scyzoryk i stertę wilgotnych od deszczu koszul. Znalazłam ją też na Mokotowskiej, w zapachu deszczu i zmurszałej cegły, w rozpiętych jak pajęczyna sieciach pod balkonem, które miały łapać spadające cegły.

… Ledwie w ubiegły czwartek, 7. listopada, siedzę w kawiarni Bliklego i jem śniadanie, chwilę później biegnę Nowym Światem i Krakowskim Przedmieściem do PAN-u, przed oczami przesuwają mi się wieczory – wszystkie podobne, wszystkie w śniegu – kiedy brnęłam do Zamku, na tramwaj jadący na niedaleką Pragę, ‚do domu’. I wiem, że te wspomnienia nie bolą. Nie tak, jak Białołęka, nie jak Zacisze, które wydrenowały mnie swego czasu z siły (walka z odległością i transportem publicznym w Warszawie to chyba najtrudniejsze zadanie). Te wspomnienia nie bolą, bo mimo biegu miałam czas, by się zatrzymać. Przyjrzeć ludziom i przestrzeni.

Tego zatrzymania się brakuje Warszawie najbardziej. Jeśli ktoś w niej planuje, projektuje, wyraża zgodę lub zabrania – wszystko to dzieje się za szybko. W ten sposób rodzi się i umiera wciąż miasto, którym nikt się nie opiekuje oprócz przypadku, o którym już mówiłam; miasto ludzi biegnących za szybko, by w nim żyć. Miasto awantur, cynizmu, zmaksymalizowanej obojętności. Ale też poukrywanego wśród kafkowskich absurdów piękna. Miasto ludzi i miasto psów.

Gosia Rybakowska
  • To prawda. Wystarczy pojechać do innego większego polskiego miasta aby zobaczyć tą subtelną różnicę. Warszawa – miasto, którym się opiekuje tylko przypadek.