Noc Samhain

Ostatni dzień października zawsze był dla mnie szczególny. Jeszcze zanim dotarło do mnie, że tego dnia w mediach toczy się batalia o wyższość Wszystkich Świętych nad Halloween, jeszcze zanim zaczęłam irytować się ciągłymi komunikatami o komercjalizacji śmierci, jaką można obserwować w supermarketach i przed cmentarzami na stoiskach ze zniczami i kwiatami, wiedziałam, że tego dnia w świecie coś się zmienia.

Niepostrzeżenie, delikatnie, a zarazem z całą mocą – poranek pierwszego listopada co roku jest inny, niż choćby ten oglądany dzień wcześniej… a niebo przecież tak samo chmurne, wysokie i posępne, a liście przecież lecą tym samym dokładnie rytmem… Samhain, otwarcie drzwi zmroku, starogalijskie święto przypadające na połowę czasu pomiędzy początkiem jesieni i zimy, zmienia wszystko.

Okruchy Kultury - Samhain

Święto wejścia w „ciemniejszą połowę roku” rozpoczynało się o zmierzchu dziś, kończy zaś jutro – pierwszego listopada – wraz z nadejściem świtu. Irlandia i Szkocja, klifowe wybrzeża i lasy, jaśniały ogniem palonym po to, by oczyszczać myśli i chronić kruchość człowieka przed potęgą nadciągającej nocy. O zachodzie słońca spędzano bydło z pastwisk i zabijano cielę, którego świeża, żywa krew znaczyła drzwi domostw. Zatrzaskiwano okiennice, a w narożnikach izb sypano oczyszczoną podczas nowiu solą  i wykładano pożywienie, by mogli się karmić zmarli, których świat tej nocy tak płynnie przenika się ze światem żywych.

We mgle spowijającej pola i lasy czasem widywano jej białe, potargane, długie włosy. I wsłuchiwano się w wiatr, który hulając między drzewami, często niósł jej krzyk, krzyk Bean’ Sidhe, Praczki u Brodu, klęczącej nad strumieniem w białej szacie zaplamionej krwią, piorącej w zgrabiałych, sinych dłoniach głowy morderców. Krzyk – zapowiedź śmierci. Krzyk, który natychmiast przywracał miłość do nawet najtrudniejszej, ludzkiej egzystencji… Jej usta, nienaturalnie czerwone, jej pozbawiona wieku, a jednak prastara, niemal papierowa skóra, nie pozbawiały ludzi woli schwytania Bean’ Sidhe, gdy już pogodzili się z tym, że usłyszeli, jak krzyczy; według legendy pochwycona zjawa miała obowiązek wyjawić imię tego, kto umrze.

Nie bez przyczyny wiele wieków później chrześcijaństwo zaadaptowało noc Samhain i dzień po niej jako czas, w którym czci swoich zmarłych i świętych; ich obecność czuć między drzewami, w strumieniach, w posępnym, nocnym falowaniu morza. W łoskocie fal rozbijających się o klif. W trzaskaniu ognia. W cichości powietrza, które tej nocy rozrzedza się, to gęstnieje niespodziewanie, jak lepka materia.

Dobrze będzie znów oglądać las, cichy i głośny od szeptów zarazem, tuż przed północą, przy ujściu rzeki do morza. To moja najukochańsza noc w roku.

Gosia Rybakowska