Ville de Lille: Braderie i kołysanki francuskiej Północy

Około 620 roku podróż z burgundzkiego Dijon do Anglii musiała trwać dobrych kilka miesięcy i bynajmniej nie należała do bezpiecznych… Mimo to, zdecydował się ją przebyć książę Salvaert wraz ze spodziewającą się dziecka żoną – Ermengaert. Gdy przemierzali Flandrię, wpadli w zasadzkę zastawioną przez miejscowego watażkę, Phinaerta. Salvaert i jego ludzie zginęli w walce, Ermengaert zaś udało się uciec. Schroniła się w leśnym szałasie pewnego eremity, gdzie urodziła synka; przy porodzie jednak zmarła. W ostatnich słowach zawierzyła dziecko temu, który dał jej tymczasowy dom, on zaś wziął chłopca pod opiekę, wykarmił mlekiem żyjących w lesie saren, a na imię dał mu – po sobie – Lydéric. Gdy syn Ermengaert dorósł, starzec opowiedział mu historię jego pochodzenia, wzbudzając tym samym w młodym człowieku ogromną chęć zemsty. Wkrótce Lydéric odnalazł mordercę swego ojca i pokonał go w pojedynku, jednocześnie przejmując władzę nad ziemią, która do tej pory należała do Phinaerta; osiadł tu, zakładając miasto Lille, a było to – według legendy – w 64o roku.

Ville de Lille
Ville de Lille

Jakkolwiek nie wierzymy w dzisiejszych czasach legendom, a większość miejsc, które odwiedzamy – łykamy pospiesznie nie zastanawiając się zbytnio nad historią i mitologiami, które im towarzyszą – Lille legendą swego powstania oddycha. I czuć to na każdym kroku podczas dorocznie organizowanej od XII wieku Braderie, będącej największym pchlim targiem Europy (odbywająca się zawsze w pierwszy week-end września impreza gromadzi od dwóch do trzech milionów gości).

Braderie de Lille 2013
Braderie de Lille 2013

Braderie de Lille 2013

Braderie de Lille 2013

Braderie de Lille 2013

Podczas Braderie Lille tętni życiem od świtu do świtu, i tak przez dwie doby – muzyka nie milknie nawet na chwilę, a o pustce na ulicach naprawdę nie ma tu mowy. Przez dwa dni mieszkańcy miasta wystawiają wszystko, co mają na sprzedaż – od antyków, unikatowej niekiedy, archiwalnej prasy, biżuterii i płyt winylowych, aż po odzież i jedzenie, a także wymieniają się najprzeróżniejszymi przedmiotami przy niekończących się rozmowach nad mulami, winem i kawą (mule to kolejna tradycja związana z Braderie – „pożerane” przez te dwa dni w niewyobrażalnych ilościach, ich muszle usypywane – do niedawna – w kopce przed restauracjami, dla właścicieli tych ostatnich są dumą i wyznacznikiem popularności).

Mule na Braderie de Lille 2013
Mule na Braderie de Lille 2013

Mule na Braderie de Lille 2013

Mule na Braderie de Lille 2013

To, co najpiękniejsze w mieście podczas Braderie, ujawnia się jednak dopiero po zmroku; szesnastowieczna hala targowa, wcześniejsze o kilka stuleci, średniowieczne uliczki prowadząc w plątaninę cieni wiodącą do cytadeli, książki rozłożone w rokokowych podcieniach i ludzie, którzy pochylają się nad nimi i jakby wytracają hałaśliwość i impet dnia, delikatność cukru trzcinowego w chłodnym rumie z limonką… i świt. Pierwszy jesienny świt tego roku.

Moje Lille, mój współczesny, a jednak tak niedzisiejszy, europejski tygiel.

W Lille zrozumiałam, że Północ nie jest mi mniej domem, niż Południe. Tu jednak zamiast zapachu drzewek pomarańczowych budzi mnie wilgoć dobywająca się ze starych, tajemniczych murów.

Dobranoc.

Gosia Rybakowska