Berlin. Fragmentując miasto

Ja i moja Mama. Spotykamy się kilka razy w roku. Z okazji świąt, niekiedy nawet nie. Na chwile, ułamki chwil – zbyt krótkie, żeby porozmawiać naprawdę, żeby wymienić się życiem, żeby wspólnie wchłonąć trochę świata, tak, jak to kiedyś razem miałyśmy w zwyczaju. Kiedy w tym roku okazało się, że obie mamy wystarczająco wiele czasu, by na moment oderwać się od codzienności, naprędce złożyłyśmy plan wyjazdu do Berlina i po prostu wsiadłyśmy w pociąg.

Berlin, sierpień 2013

Ostatni raz widziałyśmy to miasto dwanaście lat temu. Obie zachowałyśmy wspomnienia ołowianego nieba, kłębiącego się ciężkimi od deszczu chmurami nad zdumiewająco bogatą bryłą neobarokowej, protestanckiej Berliner Dom. Miasto, którego historia jest niełatwa… i nie opowiem Wam jej w tym poście. Tu jedynie zasygnalizuję, że do Berlina wrócę w tekstach, że będę przekopywać się przez kolejne jego warstwy. Bo Berlin ma warstwy. Warstwy, które odkrywa się powoli, do których trzeba cierpliwości i zapomnienia wszystkiego, czego nauczyliśmy się w szkole o (przed)wojennej historii Europy. Bez tego nie da się stawić czoła temu miastu pełnemu cierpienia, zawiłości, ale i piękna.

Alt Moabit BerlinNie wiem, czy bardziej fascynuje mnie ta część historii Berlina, która związana jest z powstaniem, potęgą, a wreszcie zmierzchem nazizmu, czy też mistyka muru berlińskiego, który wybudowano w ciągu jednej nocy, a gdy rankiem ludzie zobaczyli co się dzieje, skakali na drugą stronę, ryzykując życie. Mur, jego pozostałości, ale też inne miejsca – mroczne, wibrujące w trzewiach stolicy Niemiec niepokojącym, fascynującym głosem historii… Stary Moabit, więzienie jeszcze z czasów cesarskich, dziś zamienione w park, po którym drepczą niczego nieświadomi turyści… Park, w którym tak wyraźnie widać zarysy istniejącej tam niegdyś, złowrogiej konstrukcji panoptykonu.

Berlin sierpień 2013

Berlin - mur berliński, granica wschodniej i zachodniej części miasta

Surowe to miasto, nie ma w sobie ni odrobiny słodyczy. Nie dopieszcza, nie kołysze spokojem, jak Praga, którą z Mamą ukochałyśmy sobie wiele lat wcześniej i która jest dla nas jak dom. Berlin to miasto męskiej siły, dominacji, estetyki przeładowanej przemocą, która graniczy czasem z turpizmem – monumentalizm stolicy Wielkich Niemiec, a potem Rzeszy miał robić wrażenie. I robi. Nie zawsze pozytywne – przeszkadza, przytłacza, onieśmiela… ale też uświadamia – bardzo podskórnie, nie wprost, dlaczego możliwy był Holocaust i II wojna światowa w ogóle. Muzeum Historii Żydów nie jest tu niestety żadną odpowiedzią, lepiej od niego tłumaczą historię miejsca takie jak Bebel Platz, na którym palono zakazane książki – ale o tym w oddzielnym poście.

Berlin, Muzeum ŻydowskieMoje opowieści o Berlinie to swoista fragmentacja miasta, które od lat próbuje powrócić do bycia jednością. Chciałabym – przynajmniej we własnym odbiorze – scalić Berlin. Może chwile, które spędziłyśmy razem przy piwie, przy porannej kawie i rogalikach na dworcu, a nawet w domach towarowych Kurfürstendamm Strasse będą odpowiednim spoiwem…?

Gosia Fraser