„Gwiazdy proszą go w gości…” – Teatr Muzyczny w Gdyni i „Chłopi”

Moja przyjaźń z teatrem jako takim nigdy nie należała do łatwych. Wstyd się do tego przyznawać, gdy chce się być traktowaną jako osoba kulturalna, tak, wiem – ale pozwólcie, że jednak będę z Wami szczera – doświadczenia z tą formą sztuki zawsze miałam fatalne. Od poznańskiego Teatru Animacji, zwanego kiedyś „Marcinkiem”, do którego chodziłam w podstawówce w ramach wycieczek szkolnych, aż po Warszawę i Teatr Narodowy, który był dla mnie koszmarnym rozczarowaniem, teatr zawsze kojarzył mi się z dezinterpretacją dzieł literackich/muzycznych, niż z ich interpretacją czy też adaptacją. Mogłabym tu przypomnieć sobie znacznie przekraczane w Teatrze Animacji granice przaśności estetyki w scenografii przedstawień (może to z braku funduszy, a może z braku estetycznego wyczucia – nie wiem) raczej klasycznych, obiektywnie pięknych, bynajmniej nie tchnących duchem polskiej, ubogiej, paździerzowej wsi. Mogłabym wskazać na groteskowe wręcz przeintelektualizowanie Nosferatu, którego obejrzałam w warszawskim Teatrze Narodowym, na pseudosymboliczne dłużyzny tego przedstawienia… wystarczy, żebym z całą uczciwością mogła powiedzieć, że zawsze od takiego teatru wolałam operę i balet (nigdy się nie zawiodłam). Czytaj dalej

O życiu w drodze

O życiu w podróży - Okruchy Kultury

Kiedyś, bardzo dawno temu, wymarzyłam sobie życie, które będzie w ciągłym ruchu. W podróży. W drodze, która nie musi mieć nawet konkretnego celu… Bo najpiękniejszy wydawał mi się zawsze sam proces przemieszczania się, dążenia, pokonywania (!) odległości. Wielokrotnie w rozmowach z ludźmi zaznaczam też, że nie wyobrażam sobie spędzić więcej, niż kilku lat w jednym kraju, nie wspominając już o jednym mieście… Nie zadomowiam się, nie zapuszczam korzeni. Gonię za wiatrem, ustawiając swój rytm dnia razem ze słońcem… a ten rok jak nigdy wcześniej uświadomił mi, że przeżywam właśnie czas, w którym moje marzenia się realizują. Czytaj dalej

Treat me well, September – o jesieni w Gdańsku

Zawsze mówiłam, że jesień to czas, w którym świat pięknieje. Na Pomorzu szczególnie – pustoszeją plaże, a gdański bruk pokrywa się ukochaną przeze mnie warstwą wilgoci, niesioną z coraz to chłodniejszym, drobnym deszczem, który przed wieczorem przenika przez ubranie, osadzając się na skórze. Jesienią powracam do swoich długich spacerów, na które latem nie znajduję miejsca pośród tysięcy turystów; swoim gwarem zawłaszczają przestrzeń, która zdominowana przez kiczowate pamiątki i wszędobylskie, reklamowe parasole traci swoje piękno. Czytaj dalej

Berlin. Fragmentując miasto

Ja i moja Mama. Spotykamy się kilka razy w roku. Z okazji świąt, niekiedy nawet nie. Na chwile, ułamki chwil – zbyt krótkie, żeby porozmawiać naprawdę, żeby wymienić się życiem, żeby wspólnie wchłonąć trochę świata, tak, jak to kiedyś razem miałyśmy w zwyczaju. Kiedy w tym roku okazało się, że obie mamy wystarczająco wiele czasu, by na moment oderwać się od codzienności, naprędce złożyłyśmy plan wyjazdu do Berlina i po prostu wsiadłyśmy w pociąg.

Berlin, sierpień 2013

Ostatni raz widziałyśmy to miasto dwanaście lat temu. Obie zachowałyśmy wspomnienia ołowianego nieba, kłębiącego się ciężkimi od deszczu chmurami nad zdumiewająco bogatą bryłą neobarokowej, protestanckiej Berliner Dom. Miasto, którego historia jest niełatwa… i nie opowiem Wam jej w tym poście. Tu jedynie zasygnalizuję, że do Berlina wrócę w tekstach, że będę przekopywać się przez kolejne jego warstwy. Bo Berlin ma warstwy. Warstwy, które odkrywa się powoli, do których trzeba cierpliwości i zapomnienia wszystkiego, czego nauczyliśmy się w szkole o (przed)wojennej historii Europy. Bez tego nie da się stawić czoła temu miastu pełnemu cierpienia, zawiłości, ale i piękna. Czytaj dalej