Krótko o Powstaniu ’44

Co roku powtarzam sobie, że nie dam się sprowokować do wzięcia udziału w dyskusji o Powstaniu Warszawskim. Co roku dochodzę do wniosku, że Powstanie jest coraz bardziej przedmiotowo traktowane… i przez władzę, i przez opozycję, i przez media, i przez zwykłych obywateli, mieszkańców Warszawy, ale i nie tylko; tu i ówdzie, na kilka dni przed kolejnymi rocznicami, dają się słyszeć porykiwania: to wszystko bez sensu! Idiotyzm! Albo: kto nie rozumie decyzji o wybuchu Powstania, ten niegodzien nazywać siebie Polakiem! – oba te style, te maniery, bo trudno, bym nadawała temu większą wartość, obrzydzają mi Pierwszy Sierpnia.

Muzeum Powstania Warszawskiego
Muzeum Powstania Warszawskiego

W tym roku jednak puściły mi nerwy… i notkę o Powstaniu piszę. Wkurzył mnie Bartoszewski mówiąc, że nie pójdzie pod pomnik Gloria Victis. Wkurzyła mnie okładka „Wprost” z pretensjonalną Myszką Miki (nawet, jeśli jest adekwatna do artykułu o popkulturowym wykorzystaniu motywu PW’44, uważam ją za niezdrowe przegięcie). Wkurzyli mnie ludzie, którzy dziś, ale nie tylko – to zaczęło się już dzień, dwa wcześniej – wypisują na Facebooku i Twitterze „A dlaczego miałbym zatrzymywać się na minutę o 17.00?”.

Nie lubię Warszawy. Mieszkając w niej trzy lata, męczyłam się każdego dnia; z ludzką obojętnością, z własnym, niskim statusem materialnym, który wówczas uniemożliwiał mi funkcjonowanie w Warszawie na takim poziomie, by nie było to miasto bolesne. Wreszcie, z brakiem planu, pomysłu na stolicę: często miałam, mam wrażenie, że przez to, że słoiki i wieczna chwilowość, to tak naprawdę nikt Warszawy nie przemyślał, nie zaplanował, nie rozrysował w czasie, gdy było to potrzebne, a wielkie inwestycje lat ’90 i początku XXI wieku bardziej przypominają samowolkę budowlaną i urbanistyczną, niż jakikolwiek sensowny koncept. Mimo to, wiem jednak, że dla Powstańców Warszawa była marzeniem. Sensem. I sercem Polski. Polska to z kolei był szereg wartości, które dziś najwidoczniej są niezrozumiałe. Bo gdyby były, nikt nie miałby odwagi pytać o sens Powstania. I nie chodzi tu o decyzję dowódców – one były takie, jakie były. Skazały na śmierć tysiące ludzi, którzy do walki szli z gołymi rękami. Ale sens Powstania leży gdzie indziej. Leży w świadomości tożsamości. Tego, kim się jest i skąd. I w byciu razem. Tak opowiedziałabym Powstanie… właśnie tak. I wydaje mi się, że to jedyna narracja, która pozwala uniknąć kłótni.

Muzeum Powstania Warszawskiego
Muzeum Powstania Warszawskiego

Czasami pytają mnie, czy poszłabym do Powstania. Odwołują się przy tym do mojego racjonalizmu, do tego, że niemal każdą decyzję w życiu podejmuję kalkulując wszelakie „za” i „przeciw”, wreszcie – mówią mi – przecież chcesz wyemigrować. Oczywiście, chcę. Ale nawet przez chwilę nie przyszło mi do głowy, że gdyby Powstanie było dziś, mogłabym do niego nie pójść. Po prostu, pójście do Powstania jest jedną z nielicznych oczywistości w moim życiu. A dlaczego? Bo to była walka o jedność tożsamości. O jej spójność. O każde przedtem potem każdego z Powstańców, którzy walcząc, pisali kartki do bliskich i marzyli o tym, co zrobią, gdy wojna dobiegnie końca. To była walka o normalność. O nadzieję na normalność, której każdy tak bardzo pragnie. Jak mogłabym zatem nie pójść do Powstania? A Wy? Moglibyście?

Nie chce mi się czytać wywiadów w jednym z poczytniejszych polskich dzienników, w których padają nieadekwatne, a rzekomo uprawnione wiekiem wypowiadającego słowa. Nie chce mi się oglądać oficjalnych, państwowych obchodów. One niczego nie wnoszą. To tylko oficjalna pamięć, o której dobrze, że jest – ale „moje” Powstanie jest w Warszawie. Na jej ulicach, w każdej jednej tablicy pamiątkowej. I w Muzeum Powstania Warszawskiego, o którym opowiem Wam jutro.

A teraz, możecie mnie wybuczeć.

P.S. Generał Ścibor-Rylski jest dziś moim prawdziwym bohaterem. Tak, ze względu na jego przemówienie.

Gosia Rybakowska
  • Mateusz Kołodziejski

    Może to mało oryginalne, ale widziałem dzisiaj na Facebooku wpis, pod którym mógłbym podpisać się obiema rękoma. Przytoczę go tutaj i pozostawię do refleksji:

    „Wszystkie mądre głowy z telewizji oceniają Powstanie Warszawskie po skutkach. A przynajmniej znakomita ich większość. Do tego oczywiście wszyscy dają głos przechodniom nie mającym zielonego pojęcia o historii lub znających ją w leadów co poczytniejszych gazet. Jeden z nich dziwił się dzisiaj, jak polski rząd na uchodźstwie mógł być tak głupi i wydać rozkaz rozpoczęcia Powstania. Widać kolega-przechodzień jest na tyle niedouczony (głupi?), że nie wie, że wieść o rozpoczęciu Powstania dotarła do Londynu dwa dni po jego rozpoczęciu. Co ciekawe (ale nie dziwne), redaktor prowadzący o tym chyba również nie wiedział, bo tego nie sprostował.
    Powstania nie wolno oceniać ani wyłącznie, ani głównie po skutkach. Powstańcy chcieli wolnej Polski – ani pod okupacją niemiecką, ani pod okupacją sowiecką. Chcieli i musieli pokazać swoją siłę i opór wobec obcych. To była jedyna ku temu droga, a czas, który wybrali wydawał się być najlepszy. Sowieci byli tego dnia w zasięgu jeżeli nie wzroku, to na pewno słuchu artylerii. Gdyby wojska sowieckie – wtedy przecież sojusznicy! – nie przyglądały się bezczynnie przez kilka miesięcy zza linii Wisły, być może udałoby się uniknąć rządów komunistów, a Polska byłaby dzisiaj w zupełnie innym miejscu.

    Co by było gdyby. Skąd my to znamy? Aby móc liczyć na silnych sojuszników samemu trzeba być silnym. Jak się ma do tego dzisiejsza polska polityka? To temat na inne opowiadanie.

    Powstańcy nie wiedzieli, bo wiedzieć nie mogli, że przegrywający Hitler wyda rozkaz totalnego zniszczenia Warszawy wraz z jej mieszkańcami. Niszczenie według tego rozkazu było celem samym w sobie. Nie wiedzieli, że przyśle zawodowych morderców Derlingera. Nie wiedzieli, że sojusznicy nie kiwną palcem, aby im pomóc. Nie wiedzieli, że kierujący zagładą miasta i jego mieszkańców von dem Bach w powojennych procesach będzie występował jako… świadek oskarżenia. Walczyli, dopóki mieli siły, ale celu nie osiągnęli – dostaliśmy się spod okupacji niemieckiej pod okupację sowiecką, w czasie której za przynależność do AK byli torturowani i mordowani.

    Cele mieli jak najbardziej słuszne i nie wahali się ryzykować życiem za ich realizację. Gdyby wiedzieli, że pozostaną zupełnie sami i skazani na zagładę nigdy nie podjęliby się tego zadania. Ale oni nie wiedzieli, bo wiedzieć nie mogli! Na tej wojnie wszyscy wszystkim pomagali. Im nie pomógł nikt.

    Chciałbym doczekać czasów, w których godność osobista i honor będą stawiane ponad bycie „fajnym”. Krytykujesz ich? Idź pograć paintball i pomyśl, że strzelają w Ciebie nie kulkami z farbą, ale kulami, które Cię zabiją.”

  • veverka666

    Powstańcy to Bohaterowie. Swojego Pokolenia, mojego pokolenia i cieszę się , że i młodszych pokoleń. I oby tak zostało, bo Ich Czyn to Tożsamość Narodu. I żadne oceny z zaciszy gabinetów i bibliotek tego nie przewartościują.

  • Darek Sobiecki

    Ciekawy wpis – osobista próba wyrażenia jego sensu, jednocześnie dystansująca się od dyskusyjnego szumu analiz, które często zatracają fenomen tego, co uczestnicy czuli WTEDY, w jakiej sytuacji się znajdowali kiedy u kresu wojny mogli utracić wolność. Bilans zysków i strat łatwo dziś tworzyć. Politycy, a jakże – szczególnie oni wykrzykują stare, archetypiczne wręcz demony o „zdradzie” i „prawdziwym patriotyźmie” – mieszają w tyglu świeżych jeszcze, choć z XIX wieku odniesień. Tak, szkoda tych niezliczonych istnień tak łatwo wydanych śmierci. Tak, po sowiecko-nazistowskiej anihilacji polskiej inteligencji i zaangażowanych patriotów w latach 1939-40, teraz Stalin znów ma ułatwione zadanie sowietyzacji Polski, bowiem jej nadzieja , przyszłość ginie właśnie na barykadach. TAK, ale powstańcy chcieli być WOLNI, chcieli być POLAKAMI, pomimo beznadziejnej sytuacji. Nie mogli postąpić inaczej…

  • Dziękuję Ci za ten wpis. Dla mnie sprawa z powstaniem jeat oczywista w jednym punkcie. Po prostu nie komentujmy tylko czcijmy. Wszystko inne, będzie nie na miejscu.