Był sobie Gdańsk…

Nigdy nie wyobrażałam sobie spędzić całego życia w jednym miejscu – w jednym domu, mieście, kraju. Stałe miejsce zamieszkania, pewna rutyna, która towarzyszy takiemu życiu, ułożony, linearny czas to rzeczy, które od najwcześniejszych lat życia wymykały mi się, a znacznie przedkładałam nad nie podróże samochodem, potem – długie trasy w pociągu, wreszcie – loty na wysokości ponad 10 tys. metrów, gdzie zdecydowanie najlepiej składają mi się w głowie teksty, nowe plany i marzenia.

Mobilność to cudowna sprawa, a przy okazji złożyło się tak, że moje marzenie o życiu przez nią definiowanym spełnia się od 2008 roku; lista miast, w których przebywałam, żyłam, mieszkałam przez krótszy lub dłuższy czas systematycznie wydłuża się; ci z Was, którzy mnie znają wiedzą, że szczególne na niej miejsce nie od dziś zajmuje Gdańsk – piszę o nim często, kocham to miasto, podobnie jak całe Pomorze, o którym nie tak dawno pomyślałam sobie, że może bardziej niż innych miejsc, trzeba się go nauczyć. Wsiąka w krew, zagnieżdża się pod powiekami. Kiełkuje. Wzrasta. Zakotwicza się wreszcie. Zamieszkuje w człowieku bardziej, niż człowiek w nim. To nie jest łatwa nauka, bo żeby zrozumieć Pomorze, musisz zapomnieć wiele rzeczy, których do tej pory nauczyłeś się o innych miejscach. Wtedy zaczynasz rozumieć, że nieczułość, jaką zwykło zarzucać się Północy nie może być prawdą.

Maria Bogucka - "Życie codzienne w Gdańsku..."
Maria Bogucka – „Życie codzienne w Gdańsku…”

Miejsca, w których żyję – moje miasta, moje przestrzenie, to nie tylko ulice, bieg przez nocne miasto, światła aut na drogach dojazdowych, szepty barów, restauracji i biur… to przede wszystkim historia, którą zapisały całe wieki trwania, nierzadko burzliwego, przecinanego konfliktami politycznymi, społecznymi, kulturowymi… Z perspektywy kilkuset lat to brzmi jak błahostka, nieistotność, do której nabieramy dystansu, zajęci swoimi dzisiejszymi sprawami… Ale czy nie pięknie jest zamknąć oczy i przejść na chwilę w inny czas, wyobrażając sobie codzienność należącą do przeszłości miasta, miejsca, społeczności…?

Kiedy przyjechałam do Gdańska, zrozumiałam, że chcę wiedzieć o nim wszystko. Wszystko, czego tylko dowiedzieć się będę mogła. Muzea, galerie, ale też ulice, kościoły, tkanka miasta zrodzona z kamienic, których cegły, dachówki, sztukaterie i sgraffito opowiadają niejedną historię… i książki. Książki, o które dziś najtrudniej, bo dobra literatura historyczna to rzadkość. Nie wiem, dlaczego ostatnie lata to książki, których autorzy skupiają się na zasypywaniu czytelnika suchą informacją – króluje w nich data, zdarzenie, równoważnik zdania, garść danych, które zaczerpnąć można przecież zewsząd… i nie trzeba do tego złudzeń, że oto trzyma się w dłoni ciekawą pozycję, przy której wieczór stanie się intelektualną ucztą.

Dopadłam w końcu książkę, która spełniła moje marzenie przeczytania dobrze napisanej historii Gdańska – to rzecz Marii Boguckiej, Życie codzienne w Gdańsku; wiek XVI – XVII. To pięknie opowiedziany złoty wiek najkochańszego z moich miast, to fascynacje, to moje spacery, na których teraz przymykam lekko powieki i wyobrażam sobie Długi Targ bez kawiarnianych parasoli, z powietrzem przebitym przez muzykę drewna, metalu i krzyków dobiegającą z portu, to sprawy mieszczaństwa, kupiecki spryt i obrotność, to zbuntowana dusza marynarzy…

Nie jest to jedyna książka o Gdańsku, i nie o książkę o Gdańsku w rzeczy samej chodzi w tej notce… Ale o czytanie miejsc. Bo warto czytać o miejscach, w których się żyje – warto chłonąć ich historię, zwyczaje, tradycje, rozumieć je i przyjmować jak najpełniej za swoje, nawet, gdy jesteście z tych, co dom – duchowy, mentalny, emocjonalny – znajdują jedynie w miejscu swego urodzenia i wychowania… Ogromne jest piękno świata, tym pełniejsze, im więcej o nim wiemy… :)

Gosia Fraser