Zawsze gdzieś intelektualnie wracamy

Delikatna, chłodna, mleczna kawa z kostkami lodu. Imbirowy herbatnik, unoszący się w powietrzu zapach rozkwitającego bzu i świeżych, miękkich liści – trwa maj, miesiąc, w którym tak trudno czasem odróżnić wiosnę od lata, miesiąc… matur. Przypominam sobie swoją, sprzed siedmiu lat – ustny egzamin z polskiego (o egzystencjalizmie Sartre’a i Kierkegaarda). Ale nie o tym! Kiedy uporałam się ze wszystkimi egzaminami, pamiętam to uczucie ulgi – kilka pierwszych dni – kanapa i książki. I piwo kokosowo-cytrynowe. Religioznawstwo, teologia, trochę filozofii.

Złożyło się tak, że ostatnio wracam (potrzebując informacji do spraw związanych z pracą) zwłaszcza do tej pierwszej dziedziny – przekopuję się przez zagadnienia związane z psychologią religii, korzystając z książek, które od wielu lat były w mojej części rodzinnego księgozbioru. Dziwne to uczucie, kiedy napotykam na swoje ołówkowe podkreślenia sprzed siedmiu lat; śledzę trajektorię myśli, które wówczas towarzyszyły lekturze, próbuję odtwarzać skróty i akronimy w notatkach na marginesach, które po tych kilku latach niewiele już mówią – zapewne przemieniły się w treść, uformowały w tekst gdzie indziej, w innym też czasie.

Tak naprawdę całe życie powracamy intelektualnie do tego, co tworzyło nas w początkach naszych fascynacji; zmieniamy koncepcje, analizujemy, wyciągamy coraz to nowe wnioski, ale… rdzeń, oś, wokół której oscylujemy, w mniejszym lub większym stopniu pozostaje ta sama. Dlaczego? Bo człowiek to continuum. To zamknięta całość, arcydzieło, które nigdy nie zostaje ukończone, a jego detale dopracowywane są przez całe życie… Każda cząstka wiedzy, którą przyswajamy… każda refleksja czy spostrzeżenie, są jak subtelne pociągnięcia pędzla na wrażliwym podłożu przygotowanym pod fresk.

Dopóki zdajemy sobie z tego sprawę, rozwijamy się. Możemy kształtować swoje życie wiedząc, że uczestniczymy w dziedzictwie wiedzy, kultury i wartości, które są – na miarę człowieka – wieczne. Nieprzemijające. Zawsze aktualne (nawet, jeśli wydaje się inaczej). Czy to nie piękna świadomość i nie wystarczająca motywacja, by uczyć się do końca swoich dni…? W świecie, w którym wartość nauki deprecjonowana jest jej ustawicznym urynkowianiem, obserwuję ludzi, którzy kruszą się duchowo i psychicznie – bo oto mówi im się, że wszystko, co robią, jest bez sensu. Że liczy się mityczny „zawód”. A co z erudycją, z tym, co pokolenie moich rodziców nazywało „kindersztubą” lub „klasą”? To już nie jest ważne?

Nie dajcie sobie wmówić po przeczytaniu kolejnego artykułu w pewnej poczytnej gazecie z czerwonym prostokątem w logo, że studia są bez sensu, a do pracy powinniście iść zaraz po maturze, nie licząc przy okazji zbytnio, że Wam się uda. Studiujcie i uczcie się wszystkiego, co tylko Was fascynuje. Rozwijajcie się, zdobywajcie umiejętności. Bo to one są najważniejsze. Wybierając filozofię siedem lat temu jako pierwszy kierunek studiów wiedziałam, że będzie trudno. I było. Czasami nawet dramatycznie trudno. Pracowałam jako sprzątaczka w kinie, telemarketerka, ale dzięki temu, czego nauczyłam się po drodze, rozwijając swoje pozornie nikomu niepotrzebne zainteresowania, mogłam zostać grafikiem komputerowym, a potem reporterką i autorką w prasie kulturalnej. Nauczyłam się na własnej skórze, że trudności są od tego, żeby je pokonywać… A przecież mogłam się poddać, prawda? Zwłaszcza teraz zdaję sobie z tego sprawę, może silniej, niż kiedykolwiek wcześniej – kiedy wiem, że udaje mi się spełniać swoje marzenia. Zarówno te intelektualne, jak i zawodowe.

Gosia Fraser