„Spowiednik rzeczy” jako „proza potencjalna”

Uwielbiam czytać. Kiedy zaczynałam przygodę z blogowaniem wiedziałam, że recenzje książek zyskają sobie stałą „rubrykę” na Okruchach. W dniu, w którym wydawnictwo Koobe zaproponowało mi współpracę recenzencką, zgodziłam się dość chętnie, zważywszy na to, że książka autorstwa Wojciecha Bauera – Spowiednik rzeczy – według noty wydawniczej zalicza się do prozy onirycznej. Wiecie przecież, że to jeden z moich ulubionych gatunków, zwłaszcza ze względu na Olgę Tokarczuk i Brunona Schulza. Spowiednika… przeczytałam, a recenzję napisać wcale nie jest mi łatwo – książka wzbudziła we mnie skrajnie sprzeczne odczucia.

Wojciech Bauer - Spowiednik rzeczy
Wojciech Bauer – Spowiednik rzeczy

Proza oniryczna zawsze była dla mnie czymś, co powinno odrywać od ziemi i przenosić w inny świat, zbudowany na tym, co wewnętrzne, ale i metafizyczne, duchowe. Książka Bauera to dla mnie proza potencjalna. Mogłaby stać się oniryczną. A dlaczego nie jest? Bo pomimo świetnego konceptu fabularnego, w którym główny bohater książki – podstarzały literat zwany Kaktusem – wysłuchuje historii zbieranych przez niego staroci (a każda opowieść jest wyjątkowa, świetnie wpasowująca się w wydarzenia towarzyszące czasom, jakich świadkiem były rzeczy, które Kaktus nabył od miejscowego handlarza starzyzną), pomimo bogactwa faktów, i idei, które autor chciał w książkę wpleść i ładnie ukazać, język literacki, jakim książka jest napisana, dyskwalifikuje Spowiednika rzeczy jako prozę oniryczną.

Język jest bowiem kolokwialny. Tak po prostu. Niedopasowany do sytuacji, które wyobraźnia autora – muszę zaznaczyć – wykreowała w sposób interesujący, z dużą erudycją, wciągając w fabułę na wcale długie chwile. Zawsze uważałam jednak, że naładowane emocjami historie, wspomnienia i refleksje powinno się oddawać adekwatnym wobec ich ciężaru gatunkowego językiem. To on buduje nastrój, potrafi przykuć swoją magią, zniewolić i spętać czytelnika… albo też, całkowicie go odrzucić. Niestety, czytając Spowiednika… doświadczyłam takiego właśnie odrzucenia.

Fabuła powieści Bauera ma ogromny potencjał. Autor dobrze widzi psychologię tworzonych przez siebie postaci, tworzy je prawdziwie, dopracowując ich historie w najmniejszych nawet szczegółach. Są pełnokrwiste, charakterne, ale… każda z nich wysławia się w ten sam sposób. Przebiegając wzrokiem już po przeczytaniu książki fragmenty dialogów dla próby i potwierdzenia bądź sfalsyfikowania swoich „pierwszych wrażeń” stwierdziłam, że w ten sam sposób wyraża się starszy już pan – główny bohater powieści, literat z pewnym intelektualnym wyrobieniem, ale i dwudziestokilkuletnia Marchewka – studentka polonistyki, jak i kompania Kaktusa od kieliszka, niegrzesząca zbytnią ogładą i wykształceniem (nie muszę tłumaczyć, że w rzeczywistości edukacja i erudycja mają wpływ na to, jakim językiem na co dzień się posługujemy).

Nie udało się też Bauerowi uniknąć pewnej hermetyczności – gdzieniegdzie w „ciele” powieści przewijają się fragmenty poświęcone historii powszechnej jak i dziejom Polski, które w elegancki sposób wplecione są w szersze tło. Dla mnie – intelektualna uczta i jeden z czynników, który sprawił, że na Spowiednika rzeczy nie potrafię patrzeć całkiem krytycznym okiem. Wiem jednak, że młodszy czytelnik, z okrojonym już, szkolnym programem historii może sobie z książką nie poradzić, nie pamiętając choćby lat ’90 ubiegłego wieku (nie wspominając już o latach stalinowskich, o których ogólnie nie mówi się w szkole zbyt wiele), po prostu nie zrozumie ich specyfiki, którą Wojciech Bauer ujął świetnie.

Nie potrafię ocenić tej książki jednoznacznie. Siadając do tej recenzji miałam zamiar napisać ją w sposób bardziej krytyczny… analizując jednak lekturę wiem, że Bauer to człowiek, który ma głowę pełną pomysłów. Praca nad językiem to proces długotrwały i żmudny, a książki to przecież również rozrywka… i choćby dla tej rozrywki po Spowiednika… warto sięgnąć.

Gosia Rybakowska