Kultura

Kraj na jawie, kraj we śnie – o prozie Dany’ego Laferrière’a

Nieznośny upał, brzęczenie much i powietrze ciężkie od zapachu przejrzałych owoców – właśnie tak wita czytelnika Haiti wyłaniające się z powieści Dany’ego Laferrière’a Kraj bez kapelusza. Ta wybuchowa mieszanka różnych stylów i gatunków literackich to przede wszystkim pamiętnik Starego Gnata, haitańskiego pisarza, po dwudziestu latach emigracji wracającego do domu po to, by napisać książkę o zombi. W Kraju bez kapelusza reportaż przeplata się z autobiografią, groteska – z filozoficznymi dywagacjami. Tym, co je łączy, jest absurd, wyłaniający się z każdego zdarzenia, które opowiada Stary Gnat, podchodząc do wszystkiego ze stoickim spokojem i dystansem.

Dany Laferierre - Kraj bez kapeluszaKsiążka Laferrière’a to portret Haiti, o jakim nie mówi się w wiadomościach i artykułach prasowych. To żywy, zmieniający się na oczach czytelnika kalejdoskop zapachów, obrazów, ale przede wszystkim – osobisty zapis odczuć i wrażeń człowieka, który po dwudziestu latach przebywania na Zachodzie uczy się na nowo świata, w którym dorastał, dostrzegając jego chaos i wszechobecny absurd, które w nim panują, a także – na pierwszy rzut oka niewidoczne prawidła, dzięki którym mimo wszystko rzeczywistość wciąż funkcjonuje, jak należy.

Przewodniczką Starego Gnata jest jego matka, która wciąż nie potrafi się pogodzić z dorosłością syna, nie potrafi też zrozumieć tego, jak ukształtował się jego charakter dzięki dwóm dekadom spędzonym w Montrealu. Od kiedy znów są razem, uczą się siebie nawzajem; on, czterdziestoletni mężczyzna, ubrany w białą koszulę, skażony zachodnią powściągliwością w wyrażaniu emocji i ona, jego matka: kobieta zawieszona pomiędzy haitańskimi wierzeniami a rzeczywistym pragmatyzmem codzienności, żyjąca według tak ważnego na Haiti rytmu dnia i nocy.

To właśnie ten rytm, wyznaczany wschodem i zachodem słońca, kieruje życiem antylskiej ludności. Ucząc się go na nowo, Stary Gnat dostrzega w Haiti kraj na jawie i kraj we śnie; pierwszy, pozornie ludzki i racjonalny, jedynie podszyty obawą przed tym, co należy do drugiego, pogrążonego w ciemnościach nocy. Haiti jest bowiem krajem, gdzie noc istnieje. Tajemnicza noc. […] Czarna noc. Noc mistyczna. I tylko w dzień opowiadać można o tym, co zdarzyło się nocą. Pod osłoną nocy do głosu dochodzą haitańskie wierzenia, a Stary Gnat zdaje sobie sprawę, że następowanie po sobie nocy i dnia to tak, jakby dwa kraje podążały obok siebie, nigdy się nie spotykając. Skromny lud, który za dnia walczy o przetrwanie. Ten sam kraj nocą zamieszkują wyłącznie bogowie, diabły, ludzie przemienieni w bestie. Kraj na jawie: walka o przetrwanie. Kraj we śnie: wszystkie fantazmaty najbardziej megalomańskiego ludu na Ziemi. 

Narracja Kraju bez kapelusza wiedzie czytelnika jednak nie tylko przez fantazje, mitologie i religie, tak żywe wśród haitańskiej ludności. Oprócz nich, w swojej powieści Dany Laferrière ukazuje rzeczywiste obrazy biedy, korupcji i zepsucia, które szerzą się w kraju Starego Gnata. Bezwładność aparatu państwowego, nędza, brak perspektyw i rozpacz, prowadząca prostą drogą do śmierci to haitańska codzienność, z którą narrator styka się niemal wszędzie. Towarzyszy im społeczna obojętność, jakby przyzwyczajenie do istniejącego status quo, które uniemożliwia jakiekolwiek zmiany. Kraj bez kapelusza to groteskowy zapis nie tylko samych patologii, których na Haiti nie brakuje, ale przede wszystkim ich niezmienności i trwałości. Dwadzieścia lat nieobecności głównego bohatera to przecież wystarczająco długo, by uczynić krok w przód. Jak konstatuje Stary Gnat, nie  wystarczy do tego jedynie obecność Amerykanów na Haiti.

Kraj bez kapelusza to książka, która pochłania czytelnika w całości. To szalona, egzotyczna podróż, którą odbyłam podczas lektury na pograniczu rzeczywistości i mitu. Dowcipna, lekka i chwytająca za serce. Nie trzeba być fascynatem problemów polityki zagranicznej czy kulturoznawstwa, by czytać ją z zapartym tchem. Dany Laferrière udowadnia, że wystarczy być zwykłym człowiekiem. Jego powieść jest jak obraz malarza – prymitywisty, który zapytany o to, co maluje, odpowiada: To, co maluję, to kraj, o którym śnię. […] O kraju na jawie, proszę pana, wcale nie muszę śnić.

Tekst ukazał się również w grudniowym (2011) numerze miesięcznika społeczno-kulturalnego Lampa.

Standard

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *