Gdy zapada noc: Hecq

Latem noce na Pomorzu bywaja suche i gorące. Uwalniane z grubych, poniemieckich murów ciepło wzbija się do góry, wpełzając do pokoju przez uchylone okno, razem z zapachem maciejki i drzew, z morską bryzą i wszystkimi szeptami nocnego miasta. To noce, kiedy zmęczenie przynosi z sobą jedynie bezsenność i odległe spojrzenie w rozgwieżdżone niebo, czarne jak aksamit, na którym ktoś szczodrą ręką rozsypał miliony diamentów… W jedną z takich nocy poznałam Hecq, czyli Bena Lucasa Boysena – niemieckiego producenta muzycznego, którego z chęcią nazwałabym jednym z najznamienitszych malarzy muzycznych krajobrazów.

Hecq
Hecq

Nie wiem, kim był Człowiek, od którego dostałam płytę Night Falls. Rozmawialiśmy tamtej gorącej, czerwcowej nocy roku 2009 dobre kilka godzin, opowiadając sobie nawzajem swoje życia. Smutek ma to do siebie, że bywa wspólny dla wszystkich. W tajemniczy sposób łączy, czasem – silniej niż wiele lat znajomości i przyjaźni. Kuba, bo tak miał na imię wysoki, bardzo smutny gdynianin, który podarował mi płytę, dał mi coś więcej, niż tylko muzykę – Night Falls to rozległe pola pozornej pustki, kreślone technicznymi, chłodnymi drganiami syntezatora, otwierające we mnie niezmierzoną przestrzeń myśli. To skala szarości, skroplona, skondensowana, do granic emocjonalna, przecinająca człowieka na wskroś, drążąca w nim nisze i wnęki, w których odtąd zimować będą wypierane na co dzień uczucia.

Hecq - Night Falls
Hecq – Night Falls

Hecq przelał w ten album wszystkie brzmienia ludzkiego smutku. Egzystencjalnego, głębokiego, często złączonego ze strachem. Night Falls to jedyna płyta, która odznacza się tak ogromną melodyjnością i jest wolna od dominacji oddechu maszyn, które zawsze inspirowały jego twórczość. Ludzka, a zarazem absolutna, minimalistyczna, a jednocześnie bogata w ukryte, niemal nieuchwytne szmery, szepty i drgania, zawsze będzie dla mnie towarzyszką wspomnień jednej z moich najtrudniejszych sytuacji życiowych, a zarazem ogromnym świadectwem siły rozmów i relacji, jakie nawiązujemy – często zupełnie przypadkowo.

Czasem jeden uśmiech, wspólny bieg plażą i kilkugodzinna opowieść o własnych wspomnieniach uzdrawiają. Muzyka jest wówczas najlepszym opatrunkiem. Posłuchajcie utworu, który na zawsze już będzie dla mnie wspomnieniem ciężkiego od gwiazd nieba, które nocą przegląda się w gładkim jak tafla rtęci morzu:

Gosia Rybakowska
  • seductill

    To może nie na miejscu pytanie, ale ta znajomość przetrwała?

    • Nie. Widzieliśmy się ten jeden, jedyny raz w życiu.

      • seductill

        Jeszcze czegoś takiego nie miałem. Ale często mam tak, że muzyka przychodzi do mnie z ludźmi i parę ważnych dla mnie zespołów czy artystów, których poznałem dzięki ważnym dla mnie (na różnych etapach życia) ludziom, do dziś mi przypominają o nich. O ludziach, sytuacjach, słowach, myślach, pogodzie, zapachach… co zabawniejsze: nawet wtedy, gdy była to znajomość (jeszcze nie) umieszczona w „realnej” przestrzeni… choć to temat-rzeka i mógłbym tutaj się tak rozpisać, że hej. ;)

  • Kiwdziu

    Przesłuchanie zostawiam sobie na wieczór, bo chyba nie odpowiada słuchać tak delikatnie opisanych dźwięków w świetle rannego, zachmurzonego dnia. Ale ufam ci na tyle, i też ma często takie pokłady smutku, że wiem iż może mi przypaść do gustu.

    • Dziękuję. Jeśli czytam, że masz zamiar posłuchać tej płyty – czuję się zaszczycona.

  • seductill

    Tydzień później prawie, ale nie szkodzi: prześwietna płyta, dawno czegoś tak od początku do końca równego i naprawdę udanego nie słuchałem. Zwykle tuż po przesłuchaniu takiej „wgniatającej w fotel” płyty niewiele mam do napisania/powiedzenia o niej, więc już kończę. Dziękuję. ;)