Granice interpretacji – podsumowanie


Kiedy zaczynałam cykl notek o semantyce, nie do końca planowałam tak wiele miejsca poświęcić podłożu, na którym wyrastała i kształtowała się interpretacja literacka. Zrozumiałam jednak szybko, że historia i kultura, ściśle z sobą splecione, istotnie są jak DNA naszego podejścia do tekstów i sposobu, w jaki obcujemy ze światem znaczeń.

Hermetyzm, o którym pisałam wcześniej, stał się gruntem dla specyficznej postawy wobec tekstów. Po pierwsze, tekst według takiej koncepcji jest niezdeterminowanym wszechświatem, gdzie interpretator może odnaleźć nieskończoną liczbę wzajemnych odniesień. Po drugie, język nie potrafi uchwycić jedynego w swym rodzaju i wyprzedzającego tekst znaczenia (w co dzisiaj staramy się wierzyć, mówiąc o obiektywizmie), ma natomiast pokazać, że we wszystkim co mówimy znajduje się zbieżność przeciwieństw. Po trzecie, w języku objawia się niedoskonałość ludzkiego myślenia – nasze bycie w świecie to tak naprawdę emanacja niezdolności do znalezienia transcendentalnego znaczenia, które przenika świat, ale wymyka się naszej świadomości. Po czwarte wreszcie, każdy, pod warunkiem, że jest w stanie narzucić intencję czytelnika niedostępnej intencji autora, może zostać posiadaczem prawdy – autor w istocie bowiem nie mógł wiedzieć, co mówi, bo przemawiał za niego język, którym się posługiwał.

Hermetyzm przeminął, piętnując na zawsze wszystko, co wiemy o semantyce i interpretacji swoistym syndromem tajemnicy.

Dzisiaj, kiedy odnajdujemy wiadomość w butelce wyrzuconą przez morze, po latach od jej powstania podlega ona innym interpretacjom, niż zaplanował jej autor – ale opierają się one wciąż na pewnych z góry ustalonych kodach. Wyczuwamy ukryty sens treści nawet, gdy świat tego, kto ją stworzył, jest dla nas odległy o wiele lat. Interpretacja dotyka alegorii, a te z kolei opierają się na prywatnym kodzie poetyckim obowiązującym tylko dla danego tekstu – i na tej właśnie podstawie wysnuwamy interpretacyjne tezy. Wnioski i przypuszczenia, którymy staramy się przeniknąć czas powstania wiadomości, a także osobę nadawcy, nie mają wiele wspólnego z badaniami jego intencji (o intencjach pisałam w pierwszej notce z cyklu), bliskie są natomiast badaniu kontekstu kulturowego, w którym wiadomość powstała. Projektujemy więc uczestników zdarzeń opisanych w tekście – wyobrażamy sobie sytuacje życiowe, emocje i wszystkie sensy, jakie w przeciwieństwie do przedmiotów i symboli są niezmienne. Wiadomość nie może więc być nieskończenie wieloznaczna, bo głównym ograniczeniem interpretacji jest treść samego tekstu. Prawda, że może być wiele znaczeń, ale ile z nich w odniesieniu do tekstu oznacza niedorzeczność?

Z całą pewnością istnieją gdzieś granice interpretacji – muszą istnieć, bo gdyby nie istniały, to możliwy byłby jeden z moich ulubionych,  czysto językowych paradoksów: W tym świecie brakuje tylu rzeczy, że gdyby brakowało jeszcze jednej, nie byłoby dla niej miejsca. W świecie, w którym żyjemy, teksty powtarzane milion razy w różnego rodzaju mediach, począwszy od klasycznej prasy i telewizji, przez media 2.0 (a szczególnie media społecznościowe, takie jak Twitter) mówią dzisiaj cokolwiek, z wyjątkiem znaczenia, którego życzył sobie ich autor. Gdy odkrywam jakieś znaczenie, zazwyczaj jedyna pewność, jaką dysponuję, to wiedza o tym, że nie jest to znaczenie prawdziwe – prawdziwe leży bowiem głębiej, i tak ad infinitum.

Twierdzenie, że zrozumieliśmy tekst, to przegrana. Nasza, czytelnicza. Bo tajemnicą tekstu, najgłębszą i ostateczną, jest jego pustość.

Gosia Fraser