Egzystencjalna łagodność – Brendan Perry

Kiedy myślę o muzyce, traktuję ją jako coś, co w dużej mierze tworzy moje życie. Nie potrafię istnieć w oderwaniu od dźwięków – to one kreślą moje wspomnienia, pozwalają odnaleźć mi się we własnych osiach czasu, indukują przepływ twórczych myśli. Nie każdy jednak rodzaj muzyki staje się częścią mnie – niekiedy po prostu przepływam przez utwory, po to, by na chwilę ukołysać się dźwiękiem i na zawsze o nich zapomnieć… Dziś natomiast opowiem Wam o wykonawcy, któremu zawdzięczam ogromną część swojej wrażliwości – nie tylko muzycznej.

Brendan Perry

54-letni obecnie Brendan Perry, którego większość z Was zna zapewne z projektu Dead Can Dance, to jak dla mnie jedna z najbardziej wyjątkowych osobowości współczesnej sceny muzycznej. Nigdy nie odebrał formalnego wykształcenia w dziedzinie muzyki, gry na gitarze uczył się w katolickiej szkole, do której uczęszczał, a gdy nadeszła dorosłość, imał się przeróżnych zajęć, począwszy od bycia nauczycielem w szkole podstawowej, aż po wstąpienie w szeregi służby cywilnej. Początki jego czynnej kariery muzycznej to późne lata siedemdziesiąte ubiegłego wieku, które przyniosły Brendanowi tułaczkę po różnych zespołach, jak i kilkukrotne zmiany miejsca zamieszkania, co finalnie zaprowadziło go do Australii, gdzie w 1981 roku stworzył wspomnianą już formację Dead Can Dance z Lisą Gerrard i Simonem Monroe oraz Paulem Eriksonem, którzy wkrótce jednak opuścili zespół i wrócili do Londynu. Duet Brendana i Lisy to ich dzieło życia – podręcznikowy wręcz przykład tego, jak wspólna droga może łączyć i budzić namiętność podobną do miłości (od której do nienawiści przecież jeden tylko krok). Nic dziwnego więc, że Perry rozpoczął w 1999 roku karierę solową – może i niezbyt owocną, jeśli rozpatrywać ją pod kątem osiąganych zysków, ale wyjątkową, gdy idzie o treść jego twórczości.

Dead Can Dance - Brendan Perry i Lisa GerrardDead Can Dance – Brendan Perry i Lisa Gerrard

Tyle informacji biograficznych – jeśli będziecie chcieli wiedzieć więcej, Internet stoi przecież przed Wami otworem. Wiecie jednak dobrze, jak piszę o muzyce – pozwólcie więc, że teraz opowiem Wam, czym muzyka Brendana ujęła mnie najbardziej, od pierwszej chwili, w której ją usłyszałam. Było to w trudnym dla mnie pierwszym półroczu 2008 roku (znałam już wtedy dobrze Dead Can Dance – twórczość tego projektu towarzyszy mi od 2003 r.), kiedy potrzebowałam dźwięków spokojnych, pozwalających nabrać dystansu wobec rzeczywistości. Dźwięków, które stałyby się motywacją i inspiracją. Wpadła mi wówczas w ręce pierwsza solowa płyta Perry’ego, Eye of the Hunter.

Jeśli istnieje zdolność do sublimacji egzystencjalnych refleksji w dźwiękach, Perry opanował ją do perfekcji, głównie za sprawą głębokich, pełnych wyrazu tekstów towarzyszących świetnie skomponowanym utworom. Jeśli wsłuchacie się w Saturday’s Child czy Voyage of Bran, być może znajdziecie odpowiedzi na pytania, które nachodzą nas wszystkich, bez wyjątku – o sens cierpienia, o cel życiowej podróży, o istotę przemijania. Medusa to z kolei najprawdopodobniej najdoskonalszy wyraz okrucieństwa miłości, jaki kiedykolwiek znalazł swoje odzwierciedlenie w muzyce – rozdzierający, pełen rozpaczy, a zarazem przesiąknięty szczególną dojrzałością umysłu człowieka, który doświadczył świata w pełni bogactwa jego odcieni. Eye of the Hunter to dzieło dotykające wielu obszarów człowieczeństwa – i mogłoby się zdawać, że to, co egzystencjalne, musi być spowite smutkiem… przeciwnie. Ta płyta migocze, lśni całą gamą barw, jakie oglądamy podczas życia – doskonale splatają się tu matowe godziny samotności i połyskujące w słońcu drobiny szczęścia. Posłuchajcie mojego ulubionego utworu z tego albumu:

Drugą solową płytą Brendana jest Ark – poznałam ją dopiero ubiegłorocznej jesieni i nie sposób, bym tym samym nie wiązała jej z przeprowadzką na Pomorze, o której niejeden raz już wspominałam jako o wydarzeniu, które znacznie zmieniło moje życie. I może to z racji dojrzałości kompozycji na niej zawartych, a może też ze względu na moje szczególne umiłowanie szarości i jesiennego rozkładu, Ark jest jednym z tych albumów, które noszę najgłębiej w sercu. Nie potrafię sklasyfikować jej muzycznie. Jedyne, co mogę, to powiedzieć Wam, że przychodzi w życiu czas, kiedy analizujemy wszystko, co do tej pory było naszym udziałem. Wszystko, czemu poświęcaliśmy emocje, energię, co napędzało nas do codziennego funkcjonowania – Ark to właśnie taki „rachunek sumienia” Brendana (i również mój, za każdym razem, gdy jej słucham).

Zmęczenie spłycającym się światem przebijające przez głos Perry’ego, złączone z tęsknotą za tym, co wielkie,  głęboka analiza zdarzeń i przewartościowania – Wintersun, ale też This Boy wybrzmią nam po stokroć bardziej, gdy wejrzymy w siebie i odważymy się na pewną introspekcję. Nie brak tu goryczy, która musi być wynikiem analizy perspektywy 10 lat od Eye of the Hunter – w porównaniu pierwsza płyta Perry’ego musi wydawać się nieskończenie idealistyczna. Ironia splatająca się z potężnym, egzystencjalnym doświadczeniem, rozumność i przenikliwość obserwacji ludzkiej natury, dźwięki, które nieraz skłaniają do tego, by spojrzeć w niebo pełne wirujących, jesiennych ptaków, zapadający zmierzch, mgła unosząca się znad niespokojnego morza… tak właśnie brzmi we mnie Ark. To nie jest łatwa płyta – i nie chodzi jedynie o muzykę, ale o cały ładunek, jaki z sobą niesie.

Najbliższa okazja, by posłuchać Brendana na żywo, to seria trzech koncertów Dead Can Dance, planowana na pierwszą połowę czerwca bieżącego roku – jeśli mieszkacie w Zabrzu, Wrocławiu lub Trójmieście, z dotarciem na wydarzenie nie będzie problemów.

Gosia Rybakowska
  • Kajetan Obarski

    Ten głos się nigdy nie zmienia :-) a miłośnikom muzyki Dead Can Dance polecam film „Samsara” z ich ścieżką dźwiękową. Niestety nie wiem, czy Brandon również pojawia się w składzie.

    • O, filmu nie widziałam. Dla samej muzyki zwrócę uwagę. :)

  • Kajetan Obarski

    Ten głos nigdy się nie zmienia :-) Miłośnikom muzyki Dead Can Dance polecam film „Samsara” z ich ścieżką dźwiękową. Niestety, nie wiem czy Brandon pojawia się w składzie.