Brzmienie świata – Love Is Colder Than Death

Love Is Colder Than Death

Nie ma wielu wykonawców, których muzyka byłaby mi bliska tak, jak bliska może być człowiekowi skóra. Nie ma też wielu płyt, których mogłabym słuchać w nieskończoność, bez przerwy, powracając przy tym do wspomnień, z którymi są nieodłącznie związane w moim umyśle. Love Is Colder Than Death – niemiecka grupa, której twórczość można sklasyfikować rozmaicie – od nurtu darkwave przez neoclassical po muzykę typu world, dla mnie jest osobistym fenomenem i jednym z – ach, niech nawet zabrzmi szumnie – muzycznych odkryć życia

Poznałam ich w 2006 roku, a był to początek upalnego lata, związany z perspektywą podróży do Włoch. W drogę zabrałam odtwarzacz wypełniony muzyką, przy której poznawanie świata smakuje najlepiej – znalazły się tam albumy od Dead Can Dance (o których napiszę kiedyś oddzielną notkę), Arbre Noir, nieco muzyki klasycznej i… Love Is Colder Than Death właśnie. Dałam im szansę, tak po prostu – zgrywając pliki z komputera na ostatnią chwilę. Postanowiłam, że posłucham w drodze. I nigdy nie zapomnę wrażenia, które towarzyszyło pierwszemu kontaktowi z ich twórczością – bo oto noc, głęboka, czarna, niebo usiane gwiazdami. Jedziemy gdzieś przez Austrię. Musimy być w Alpach – na moim telefonie wciąż drży wskaźnik zasięgu sieci… wtem, niepokojące, ciche dzwoneczki. Bębny. Zniewalająca rytmika… i zarys przepotężnych, monumentalnych gór, który wyłonił się nieoczekiwanie z ciemności. Gwałtownie nadchodzący świt. I utwór, który za każdym razem, gdy go słyszę, powoduje, że dreszcze biegną mi w dół kręgosłupa – Saaidi z płyty Atopos.

Kto mnie zna, ten dobrze wie, jak bardzo kocham wszystko, co związane z Bliskim Wschodem. Muzyka mnie urzekła. Oglądałam spektakl rozpoczynającego się w Alpach świtu – nagły, rozdzierający niebo brzask, góry – skalne olbrzymy, których szare, wilgotne od nocy cielska zaczynały lśnić w słońcu. Zakochałam się. Na zabój.

Ze świtem związane jest też wspomnienie z drugim utworem Love Is Colder Than Death, pochodzącym z innej płyty – Eclipse, która charakterem mocno różni się od Atopos – jest o wiele bardziej pierwotna, emocjonalna, gorąca. Point Of A Boundary Line – bo o nim mowa – to muzyczna emanacja spokoju, to dźwięk ciszy – najpiękniejszej ciszy, jakiej można doświadczyć, oglądając wschód słońca w Asyżu (a właśnie tam zabrzmiał w moich słuchawkach po raz pierwszy). Jest wyjątkiem w albumie, który cechuje dynamizm i energetyzująca rytmika; zresztą, posłuchajcie. I rozkoszujcie się tym dźwiękiem – długo. Powoli.

Kończąc notkę powiem Wam, że wstrzymywałam się z napisaniem jej, czekając na wejście do Polski serwisu Spotify – możecie w nim posłuchać wszystkich płyt Love Is Colder Than Death, co do tej pory nie było możliwe – a wierzcie mi, że podróż przez ich starsze albumy, o bardziej ambientalnym charakterze (kiedy to zespół wciąż poszukiwał swojego stylu), jest bardzo ciekawym przeżyciem, doskonałym na chłodne, lutowe wieczory.

Gosia Rybakowska
  • Magda

    Ciekawa muzyka. W niektórych utworach odbijają się echa DCD (”

    De mysteriis Egyptorum” na przykład). Zaopatrzyłam się kilka miesięcy w ich płytę „Teignmouth”, posłuchałam raz i odłozyłam… ale postanowiłam wrócić do niej i teraz od paru dni ją katuję.
    Ciekawa jest, do tego się dowiedziałam, że wydali nową „Tempest”.