Vangelis, czyli o muzycznym płynięciu w głąb duszy

Nie potrafię pisać tekstów o muzyce. Nie interesuje mnie życie twórców, nie wnikam też w techniczne szczegóły, które dla wielu są centrum muzycznego zainteresowania… Nie. Nie potrafię i nie będę udawała, że jakkolwiek chcę Was w tych kwestiach zadowolić – po prostu napiszę tekst. Taki, jak zawsze – nieco emocjonalny, rozchwiany, subiektywny. Dlaczego? Bo Vangelis to ogromna część mojego (nie tylko muzycznego) życia.

Pamiętam wieczór, kiedy usłyszałam jego muzykę po raz pierwszy. Grudzień, 1999 rok, stłumione światło pełgające gdzieś pod wysokim sufitem pokoju, który zaprojektowany został specjalnie do tego, by cieszyć się dźwiękiem… i Mama włączająca płytę, 1492 Conquest of Paradise.

Vangelis - 1492 Conquest of ParadiseCzym dla mnie jest ten album, najlepiej wyraził P., mówiąc, że ma go u siebie na niemal każdym urządzeniu mobilnym, które przy okazji posiada zdolność odtwarzania muzyki. 1492… to płyta, która jest jak płynięcie przez spokojny ocean, odbijający lśnienia słońca. Nagrana jako ścieżka dźwiękowa do filmu o tym samym tytule, przenosi mnie w czasie, otwiera w głowie obrazy, wspomnienia… ale też marzenia i uczucia, które są jak sublimacja całego piękna, jakim czasem migocze świat. Niemal godzina muzyki – szczególny splot melancholii, poszukiwania Absolutu, tęsknoty za obecnością ideałów… Przez czternaście lat od chwili, kiedy usłyszałam tę płytę po raz pierwszy, w moim odbiorze nie zmieniło się wiele – staje się ona jedynie towarzyszką coraz to nowych doświadczeń, wypełnia tło tworzących się z każdą chwilą wspomnień… i wciąż daje ukojenie.

Vangelis - El GrecoO ile o 1492… mogę powiedzieć, że rozbudziła we mnie fascynację twórczością Vangelisa i pozwoliła mi odkryć jedno z tych miejsc w kulturze, które stają się dla nas jak bezpieczny port, do ktorego zawijamy przez całe życie, o tyle El Greco jest tym, co wywarło na mnie chyba największy wpływ w życiu (a przynajmniej w tej jego części, która poświęcona jest recepcji muzyki, sztuki, czy też kultury w ogóle). To płyta, która wymaga wysiłku… i do której trzeba dorosnąć. Dojrzeć. Emocjonalnie zwłaszcza – zagłębiając się we wszystkie odcienie dźwięków, którymi kreśli świat, nieraz ocierałam się o te fragmenty własnej duszy, które są niebezpieczne, nie tylko ze względu na zalegające w nich wspomnienia. El Greco to królestwo cienia, to płożące się na skórze przed świtem odcienie szarości, to – wreszcie – brzmienie Melancholii sportretowanej przez mojego ukochanego Dürera. I – co może najważniejsze – mój azyl. Intelektualny i estetyczny. Gwarantujący odpoczynek od zgiełku… i możliwość nabrania dystansu wobec świata, ludzi i własnego życia. Nie chcę mówić więcej – po prostu posłuchajcie… i płyńcie, pamiętając jedynie, że El Greco to jedno z tych doznań, które prowadzą na filozoficzno-egzystencjalną granicę… bardzo często jest to granica milczenia i krzyku.

 

Gosia Rybakowska