W Gdańsku, za bramą wielkiej ciszy

Kościół św. Jana w Gdańsku

Istnieją na świecie miejsca zapomniane przez człowieka. Miejsca, które oddychają przeszłością, które zatrzymują czas. Kiedy je odwiedzamy, przekraczamy pewną niewidzialną granicę (nad)rzeczywistości i wstępujemy do wnętrz innych światów… na co dzień zaś po prostu mijamy je, z teczką ze skaju w rękach, z papierowym kubkiem kawy, z cynicznie wystającym z ust papierosem. Mijamy – rutynowo, ignorując ich trwanie, obecność i mit, jaki z sobą niosą.

Jednym z takich miejsc jest kościół św. Jana w Gdańsku. Wycofany, położony z dala od ruchliwych ulic Głównego Miasta, latem – schowany przed wzrokiem dzięki listnym, falującym koronom drzew, stał się pewnego dnia jednym z najpiękniejszych odkryć pierwszego mojego pobytu na Pomorzu.

Kościół św. Jana w Gdańsku - wnętrze

Bez mała sześć stuleci kreśli historię tej świątyni, sześć stuleci pożarów, politycznych waśni, a także pokolenia zbyt głęboko chowanych możnych i kapłanów, których odejścia nadgryzały fundamenty Jana. Rok 1945, wraz z wojenną pożogą przyniósł budowli jeden z najboleśniejszych ciosów, a zarazem stał się przyczyną jednego z najważniejszych przeżyć, jakich doświadczyłam – od tego bowiem czasu gotycki kościół stał się lapidarium o surowym, strawionym ogniem wnętrzu, z gwiaździstym sklepieniem wznoszącym się nad potrzaskaną historią posadzek, rzeźb i startych polichromii. I w takim właśnie stanie poznałam Jana – nienaruszonym przez 63 lata od zakończenia wojny.

Kościół św. Jana w Gdańsku - detal

Weszłam tam pewnego grudniowego dnia 2008 roku, z przewieszonym przez ramię, pożyczonym aparatem. Weszłam tam przypadkowo, podglądając krzątających się przy początkach renowacji robotników. Nad moją głową rozpościerała się sieć, łapiąca – jak pokarm dla prastarej pajęczycy – sypiące się ze sklepienia fragmenty cegieł, a w powietrzu unosił się przebity światłem kurz… i żałuję jedynie, że nie potrafię opisać Wam zapachu tego wnętrza, tego osobliwego skrzyżowania starości, piękna i grozy, skroplonych w płożącej się pośród nierówności murów wilgoci.

Kościół św. Jana w Gdańsku - sklepienie

Pamiętam moment, w którym w głowie eksplodowała mi cisza – cisza tego wnętrza, zakłócana jedynie odgłosem moich własnych kroków. Czym jest eksplozja ciszy? Może tymi wszystkimi melodiami, jakie nosimy w głowie przez całe życie, które łączą nas z przeszłością i pozwalają wiedzieć, że wszyscy tak naprawdę jesteśmy dziećmi gotyckich katedr…? A może szelestem migawki, która zwalniana – chwyta światło liżące chropawe faktury sześciusetletnich kamieni…? Oddechem, szmerem wypuszczanego z płuc powietrza, od wieków dźwigającego drobiny pyłu i historię tego samego wnętrza…?

Na początku 2013 roku oglądam Jana od zewnątrz i wiem, że tamten grudniowy dzień, te zdjęcia, które właśnie obejrzeliście, to jeden z moich największych skarbów, a zarazem – najintymniejsza przygoda z historią mojego Miasta, jaką mogłam przeżyć. Kościół przeszedł gruntowną renowację, będącą dziełem rąk Panów, którzy dobrotliwie pozwolili mi te kilka lat temu na wszystko, co dziś Wam pokazałam. I chylę czoła przed konserwatorami, wykonawcami i wszystkimi, którzy do tej renowacji się przyczynili – tak odbudowuje jedynie miłość do miasta i kunszt, którego próżno szukać w innych miejscach Polski.

Tymczasem, wybaczcie mi, kuszę, będę kusić – kiedyś jeszcze opowiem Wam o najstarszym w Gdańsku oknie, nigdy nie naruszonym, przez stulecia przejrzystym – oknie Janowej biblioteki. Wiele tu jeszcze tajemnic, wiele szeptów wśród ciszy, wiele cierpliwych zachodów słońca, które miejsce to opowiada… skosztujcie ich kiedyś.

Gosia Rybakowska