Miłość w cierpieniu, cierpienie w miłości – o semantyce pożądania

Gdańsk - Lapidarium na tyłach św. Jana

Jak bardzo boimy się miłości, jak czasem uciekamy przed nią, plącząc się w słowach i sensach…? Był kiedyś czas, gdy miłość była oczywistością, gdy jej wyraz sprowadzał na serca ludzi jedynie spokój i spełnienie… Był czas, w którym nie baliśmy się słów…

Był czas, gdy po lasach przechadzał się syn Hermesa i Afrodyty, uosobienie piękna zaklęte w męskim ciele. Dostrzeżony przez nimfę, stał się Hermafrodyta obiektem jej nieukojonego pożądania, które zaprowadziło ją do bogów, z prośbą o interwencję i spełnienie pragnień. Bogowie – jak to w greckiej mitologii bywało – natury przewrotnej, okrutnej i mściwej, przychylili się do prośby nimfy – złączyli ją i Hermafrodytę na zawsze, gdy odszukała go podczas kąpieli w strumieniu. Od tej chwili on i nimfa stają się jednym ciałem – bynajmniej nie na chwilę. Gdy oniemiały – jeszcze przed chwilą mężczyzna – wychodzi na brzeg, spostrzega, że po tej niesamowitej i pełnej grozy boskiej interwencji, jest sobą jedynie w połowie. Rozpacz rozdziera mu serce, a on, jak oszalały, próbuje się uwolnić z namiętności, w którą został uwikłany bez własnej woli. Tak oto rodzi się przemoc – z żalu po stracie męskości, z jej niedostatku, z bólu. Bo kimże może być pół pięknego mężczyzny i szalenie namiętna kobieta…? Czyż połączenie złego ze złym nie rodzi jedynie zła…?

Był taki właśnie czas. Czas, w którym miłość stała się przyczynkiem złego, kiedy zrodziła cierpienie i ból w człowieku… i kiedy tak bliskie stało się przejście od miłości w nienawiść. Odtąd człowiek przeklina zmysłowość, szukając ratunku w intelekcie. Czy nie powiedziało nam średniowiecze, że wszelka żądza, każde pragnienie cielesności piętnują nas niedoskonałością i oddalają od wyidealizowanej wieczności…? Czy nie wzdragamy się wciąż – choć nigdy otwarcie – na myśl o własnych pożądaniach…?

Średniowiecze przyuczyło nas do miłosiernej caritas i cielesnej, lecz bezinteresownej agape – obu można się nauczyć, a według tradycji chrześcijańskiej – każdy z nas nosi ich ziarno w sercu, od chwili narodzin. Zaufanie i wola, bezinteresowność i poddanie swemu przeznaczeniu… ideały tak dalekie od naszego ziemskiego życia, jak odległe jest przekonanie o prawdziwości tezy, że możemy być ludźmi, nie mając nic większego od siebie. Tak dalekie, że wpletliśmy w nie tę trzecią i zapomnianą niemalże miłość, pulsującą podskórnie w każdym człowieku – eros, wraz z całą jego tajemniczością i mocą… i tak właśnie zrodził się średniowieczny mistycyzm – połączenie miłości, bólu i cierpienia z bezwzględnym oddaniem, służalczością i tęsknotą za Absolutem. Mistycyzm, bez którego nie mielibyśmy pojęcia o głębi miłości w ogóle – przynajmniej dla mnie.

Ale to, moi mili, jest już zupełnie inna historia.

Gosia Rybakowska