Bo wszystko to „słowa, słowa, słowa”…

Prasa drukarska - Zdjęcie zrobione w Muzeum Powstania Warszawskiego

Czy wyobrażaliście sobie kiedykolwiek świat pozbawiony znaczeń…? Świat, w którym rozproszą się znane nam słowa, w którym cała stabilność rzeczywistości, pracowicie pobudowana na sensach wyrazów takich jak owcestół czy papieros po prostu rozpływa się w powietrzu…?  A może próbowaliście wyobrazić sobie świat, w którym wszystko, co znamy, określamy, definiujemy, przemija, zanim zrozumiemy na dobre, czym w istocie jest…?

Każdy z tych światów musiałby być okrutny. Ta myśl przyszła do mnie w chwili, kiedy zdałam sobie kolejny raz sprawę z tego, jak mało dziś czasu poświęcamy słowom, jak bardzo bagatelizujemy je, jak niewiele chcemy w nich widzieć. Słowa, słowa, słowa – powtarzamy za Wyspiańskim, strącając je do rangi nieważnych i bzdurnych.

A przecież na słowach zbudowana była kiedyś cała rzeczywistość… Tworzyły naszą kulturę, dając podwaliny pod potęgę królestw, pod sens istnienia władców, wojen, miłości i nienawiści. Dodawały otuchy, pozwalały przetrwać wiele końców świata… niszczyły też, to prawda. Podburzały do walki w imię niebezpiecznych idei, dzieliły, szeptały niespokojnie przed świtem do setek uszu, burząc krew przeciwko krwi.

Odbierając znaczenie i wagę słowom, niszczymy w sobie możliwość kształtowania znacznej sfery naszej rzeczywistości. Tej, do której należą emocje, sensy, marzenia. I może łatwiej żyć bez słów – żyje się wówczas szybciej, bezpieczniej, poza sferą zobowiązań. Ale czy niemy człowiek wciąż jest człowiekiem…?

Chciałabym, żeby ten tekst stał się punktem wyjścia dla kilku tekstów semantycznych, w założeniu – mających się ukazać na blogu w najbliższym czasie. Będzie nieco o tym, jak interpretujemy znaczenia, jak postrzegamy świat przez pryzmat tego, co mówią nam o nim słowa. I o tym, jak sami je tworzymy… i jak mało mamy na nie wpływu, gdy już wymkną się nam z rąk. Bo słowa bywają jak samodzielne, doskonale funkcjonujące bez nas wszechświaty.

Gosia Fraser