O byciu i życiu. Nad morzem

Kiedy wyjeżdżałam w 2009 roku z Gdańska wiedziałam, że chcę, że muszę wrócić. Nie myliłam się – trzy lata życia w Warszawie sprawiły, że niemal całkowicie wtopiłam się w stołeczne odcienie szarości, z których nie wyróżnia się nawet śpiew ptaków ani cisza parku. Kiedy tylko nadarzyła się okazja do przeprowadzki, skorzystałam z niej – i już teraz wiem, że to była najprawdopodobniej jedna z najlepszych decyzji życia. Odetchnęłam z ulgą, strzepałam z włosów warszawski kurz. Pracuję, uczę się, rozwijam. Codziennie odkrywam coś nowego. A miejsce, w którym żyję, jest specyficzne. I zmienia człowieka. Dlaczego?

Zimowy widok z sopockiego mola

Życie nad morzem uczy pokory. Zmieniająca się pogoda, która potrafi zaskoczyć czasem równie mocno jak ta w górach, wiatr smagający po twarzy, słońce, które jakby wcześniej, niż w innych częściach kraju zagląda rankiem pod powieki… kocham to. Kocham, odkąd zamieszkałam tu po raz pierwszy – pewien czas temu. Być może jest tak, że człowiek znajduje swoją ziemię, swój drugi dom, który nie ma często nic wspólnego z miejscem, w którym się rodzimy i w którym jesteśmy wychowywani. A może… może ów tajemniczy drugi dom znajduje nas? Może miejsca wyczuwają nas, gdy do nich przybywamy, a potem – kiedy spróbujemy je opuścić, wołają i wzbudzają tęsknotę, której nie sposób pokonać inaczej, niż po prostu wracając…?

Chmurne niebo nad Sopotem

Tu piękno rysuje się nieco inaczej, niż chciałaby tego Warszawa, a i najprawdopodobniej – większość dzisiejszego świata, skupionego na konsumowaniu i trawieniu treści. Piękno przejawia się na wiele sposobów – to tłukące o klif fale podczas sztormu, to ptaki żerujące na wypłukanych przez morze muszlach. To ludzie, którzy potrafią wciąż jeszcze opowiedzieć całą historię Gdyni, od jej powstania. Tu nie muszę mieć makijażu – zmyje go z mojej twarzy woda, zetrze go podążający brzegiem morza wiatr. Tu mogę być sobą, mogę wierzyć… więcej – wiedzieć, że oprócz codziennego pędu do i z pracy, oprócz rachunków, interesów i decyzji administracyjnych istnieje cały równoległy, cudowny świat – świat natury i myśli, którego nie da się kupić – trzeba po prostu wejść w niego i poznać każdą jego ścieżkę, od początku.

Po trzech latach warszawskiego snu – ciężkiego snu bez marzeń… cudownie jest znów cieszyć się życiem.

Gosia Rybakowska
  • Cudnie to wszystko ujęłaś. Ja również w trójmieście znalazłam swoje miejsce dla siebie.

    • Dziękuję :) Ale nie jesteśmy też jedyne, które tak mówią – słyszałam więcej głosów o tym, że Trójmiasto jakby… wszystkich nas dopieszcza i przygarnia. :)

  • Nic dodać, nic ująć. Mnie tak przywołała z powrotem do siebie moja rodzinna wieś, choć co jakiś czas czuję nawoływania z okolic Warmii i Trójmiasta właśnie. Z drugiej strony miejsca to dla mnie też ludzie, a u siebie – w tym wiejskim otoczeniu – czuję najpełniej, że jestem we właściwym miejscu wśród właściwych ludzi.

  • A ja nie lubię morza, jest dla mnie trochę zbyt surowe. Takie ciężkie we współżyciu. Może też dlatego, że jak piszesz morze nie jest łatwe pogodowo itp. Nie wiem czy mógłbym tam mieszkać, nie lubię dużych zbiorników wodnych, wolę góry. Ale mógłbym wpaść raz na jakiś czas, zastanowić się nad życiem, bo morze i dźwięki wody powodują u mnie takie nietypowe zamyślenie.

    • No i widzisz, jak to ludzie czasami dogadują się, nawet, jeśli są kompletnymi przeciwieństwami…? :) Lubię morze właśnie za tą surowość. A góry… marzą mi się góry, nie masz pojęcia, jak bardzo! Ale nie mogłabym tam żyć.

  • Też mieszkałem 3 lata poza Trójmiastem i raczej nie chciałbym tego powtórzyć ;)

  • ulight

    Każda osobista notaka dotyka emocji. Miałam podobnie. A moje przeprowadzki zawsze dodawały mi skrzydeł, co prawda w Trójmieście żyję szybciej i intensywniej niż w Warszawie, ale to sa już indywidualne sprawy. Pokory uczyło mnie życie, nie wykluczam, że kiedyś wrócę do W. A i Kraków mi się marzy i Toruń i Wrocław. Piekne miejsca do zamieskania są piękne, ale to ludzie nadają tym miejscom sens.