Wszystkie brzmienia grudnia

Kiedy zaczynałam pisać Okruchy, założyłam sobie, że oto powstaje miejsce, które ma posłużyć przede wszystkim temu, bym mogła wyrażać swoje widzenie kultury i wszystkich jej przyległości. Dryfując w filozofii, w sztuce, niepostrzeżenie pogrążyłam się w wyłączności tematów, zapominając o tym, jak szerokie jest pojęcie kultury… i, całkiem niechcący, zepchnęłam na margines rzeczy tak cudowne, jak literatura, podróże czy muzyka.

W ramach nadrabiania popełnionych zaniedbań, chciałabym opowiedzieć dziś o tym, jak brzmi mój grudzień. Muzyka zimą bowiem jest dla mnie czymś specjalnym – oprócz zwykłego umilania czasu, pobudzania kreatywności czy stwarzania pola dla marzeń, kiedy za oknem pada śnieg, muzyka staje się czymś na kształt równoległej, pełnowartościowej rzeczywistości, w której pogrążam się tak samo chętnie, jak w ciekawej lekturze. Zimą najbardziej jestem sobą i żyję też intensywniej, niż o jakiejkolwiek innej porze roku, pozwalając się rozpieszczać pięknu ośnieżonej architektury i spokojnej delikatności przyrody. Muzyka, której słucham, lepiej niż obraz, lepiej niż tekst przekazuje emocje, pozwala wznieść się ponad codzienność i odpłynąć w plany – a o nie zimą najłatwiej, bo to czas zakończeń i nowych rozdań; tak zawsze kojarzyły mi się grudniowe święta Światła i Bożego Narodzenia oraz Nowy Rok.

Gdybym chciała opowiedzieć Wam o wszystkich wykonawcach towarzyszących mi w trakcie wszystkich moich zim, notka musiałaby mieć objętość pracy magisterskiej, ograniczę się więc do bieżącego roku, a konkretniej – do ostatniego, wyjątkowo pod względem słuchania aktywnego dla mnie tygodnia, kiedy to prawie nie zdejmowałam słuchawek z głowy… ;)

Twórczość Loreeny McKennitt  poznałam 11 lat temu i zakochałam się w cudownych, niosących z sobą zapach targanych wiatrem wrzosowisk, inspirowanych czasem Celtów dźwiękach jej utworów bez pamięci. Muzyka tej kanadyjskiej harfistki i kompozytorki zawsze była dla mnie bramą do świata, w którym niestey nie miałam okazji się urodzić (tu musiałabym wdać się w opis mojej długiej fascynacji kulturą dawnej Anglii ;)).

Loreena McKennitt, A Winter GardenZimą najpiękniej rozbrzmiewa mi A Winter Garden, album, który w sposób niezwykły miesza z sobą tradycyjne dla anglosaskiego kręgu kulturowego pieśni świąteczne (God Rest Ye Merry, Gentlemen, Coventry Carol) z estetyką brzmień Bliskiego Wschodu. Subtelna, niemalże mistyczna miejscami kompozycja tych – wydawałoby się – skrajnych klimatów niejednokrotnie wprowadzała mnie w nastrój, w którym łatwo w zimowym powietrzu poczuć zapach mirry i kadzidła, nawet, jeśli nie ma ku temu żadnych, racjonalnych przesłanek.

W tym roku – po czteroletniej przerwie, wróciłam też do Blackmore’s Night, duetu, którego muzykę można określić jako tradycyjny folk czerpiący inspirację również (co za przypadek, prawda? ;)) z kultury anglosaskiej. Spokojna radość płynąca z ich utworów, wkradająca się na moje usta delikatnym uśmiechem, ociepliła mi niejeden wieczór spędzony na lekturze podczas studiów.

Nowym odkryciem – dzięki pewnemu Panu – są dla mnie utwory Gin Wigmore, która doskonale wpisuje się w estetykę twórczej melancholii, która nie opuszcza mnie odkąd z drzew opadły ostatnie liście.

Gin WigmoreWigmore nie tworzy muzyki łatwej – kiedy po raz pierwszy zetknęłam się z jej utworami, po prostu je wyłączyłam. Wytrzymałam… kilka dni. Kolejna, wielokilometrowa wędrówka zaśnieżonym brzegiem morza i emocje, których nie potrafię wyrazić inaczej, niż stapiając się z dźwiękiem słuchanej muzyki wygrały z rozsądkiem. Aktualnie – od niemal czterech dni – nie wyłączam jej albumu Gravel & Wine.

Hilmar Örn Hilmarsson to z kolei wykonawca, który „przeleżał w szufladzie” pięć lat, zanim zdecydowałam się posłuchać jego muzyki. Otrzymana od bliskiej mi niegdyś osoby płyta jest wspomnieniem, jest pięknym albumem pamiątkowym uczuć i emocji, jakie mogą łączyć duszę człowieka z inną duszą. Muzyka Islandczyka to całe spektrum nordyckich legend, marzeń o odległym, niedostępnym świecie surowego piękna, to płynięcie poza czas, gdzie nie ma wstępu hałaśliwa, osaczająca nas codziennie współczesność. Zresztą – posłuchajcie.

Wybaczcie, że nie napiszę Wam o kolędach, że nie zapalę z Wami świątecznych świeczek na choince, że nie roztkliwię się nad świetnie upieczonym piernikiem. Grudzień zdecydowanie wolę spędzać zdala od zgiełku centrów handlowych i połyskliwego, sztucznego śniegu. Również muzycznie. :)

Gosia Fraser