Zaklinając rzeczywistość – o początkach sztuki

Wybierzmy się w małą podróż w czasie… do Lascaux, 15.000 lat przed narodzeniem Chrystusa. Skopana, poruszona ziemia szybko wchłania zimny deszcz. Ulewa przyszła zbyt szybko – zaskoczyła kilkunastu mężczyzn w środku stepu, zmywając krew z ich zmęczonych dłoni. Kilkoro owych ludzi to najprawdopodobniej nasi przodkowie, powracający z udanego polowania, niosący łup o ciepłych jeszcze wnętrznościach na swoich plecach do domu, do swoich kobiet i swoich jaskiń. Tak, do jaskiń – pierwszych domów rodzinnych i pierwszych świątyń znanych ludzkości. Do jaskiń, które stały się kolebką sztuki i wszelkiej ludzkiej twórczości.

Historia tamtego czasu i jego sztuki (we współczesnym nam rozumieniu) skrywa wciąż wiele zagadek, nad którymi trudzimy się, zadając sobie często pytania o cel, zastosowanie, przyczyny pojawienia się twórczości w życiu człowieka. Kto był pierwszym, który oddał się we władanie kreatywności i… po prostu zaczął tworzyć? Dlaczego to zrobił? A wreszcie – jak to się stało? Nie chcę w tym miejscu analizować teorii, które opisują sztukę tamtego czasu jako metodę komunikacji czy owoc innych stanów świadomości, w które wprowadzali się niekiedy nasi przodkowie – teorie te są podłożem wielu współczesnych badań nad antropologią i historią sztuki i… niech tak zostanie. Chciałabym opowiedzieć Wam o sztuce naszych pra-pra-pradziadów w sposób zdecydowanie bardziej osobisty, bo jest ona – moim  zdaniem – zdecydowanie czymś więcej, niż kilkoma liniami nakreślonymi na skalistym podłożu, odkrywa bowiem przed nami całą magię, jaka wówczas była ukryta w ludzkim umyśle.

Wiele razy zastanawiałam się, dlaczego pierwsza – a zatem i najbardziej oryginalna forma sztuki, jaką stworzył człowiek, przybrała charakter wizualny. Zawsze uważałam, że jako ludzie, jesteśmy obdarzeni szczególnym, mającym intersubiektywny charakter, poczuciem estetyki i piękna, ale… czy aby na pewno miało to wpływ na sztukę naszych przodków? Nie mogę oprzeć się wrażeniu że ci, którzy byli twórcami pierwszej w historii ludzkości sztuki, byli bardzo silnymi osobowościami z niezwykle mocno zarysowaną indywidualnością… i, mówiąc uczciwie, zdaję sobie sprawę z tego, że wrażenie to jest w pełni sprzeczne z najnowszymi badaniami, które twierdzą, że sztuka tamtego okresu była raczej wynikiem „tożsamości zbiorowej”, współdzielonej przez członków danej społeczności.

Nawet, jeśli tak włalśnie było, sztuka nie narodziła się bez powodów. Zdefiniowałabym je najpełniej jako fascynację otaczającym światem oraz chęć wywierania kontroli na rzeczywistość, które to oba czynniki były ściśle związane… z magią. Bez ukształtowanych systemów wierzeń oraz wiedzy, które w późniejszym czasie wyjaśniały i przybliżały człowiekowi otaczający go świat, był on nieustannie zaskakiwany i zadziwiany przez potęgę natury. Starał się rozumieć ją najlepiej, jak mógł, a także… zaklinać, by zyskać jej przychylność; większość rysunków naskalnych (ukazujących zwierzęta powszechnie spotykane w tamtych czasach) powstało, by służyć jako zaklęcia. I dziś nietrudno jest dostrzec nadzieję i życzenia, jakie towarzyszyły zapewne polowaniom czy migracjom ludności, których zapowiedzią i planem były naskalne ilustracje.

Tak długo, jak wielu ludzi, których znam, będzie mówiło mi, że ta sztuka jest prymitywna, będę zawsze powtarzała, że … po prostu nie znają (a może nie rozumieją?) początków swojej własnej historii. Czasem aż zbyt wyraźnie widzę, że straciliśmy swoją cierpliwość i wytrwałość w rozumieniu właśnie – mamy przecież współczesną wygodę, komfort i zdobycze nowoczesności… Nawiążę więc do jednego z moich ulubionych autorów traktujących o sztuce, Waldemara Łysiaka, który twierdzi, że prawdziwa sztuka zaczyna się i kończy na malarstwie światłocieniowym. Owe naskalne rysunki-zaklęcia, stworzone przy pomocy ochry i sproszkowanego węgla, to początek początku. I dla mnie są bardziej fascynujące i żywe niż większość sztuki współczesnej, która razem z malarstwem postmodernizmu utraciła w moich oczach jakiekolwiek znaczenie.

Ci ludzie, wracający z polowania jaskiniowcy, jak często żartobliwie ich nazywamy, ci troglodyci, byli dla mnie w kwestii sztuki wynalazcami z prawdziwego zdarzenia. Byli „fotografami”, ilustratorami przeszłości. I – jakkolwiek to zabrzmi – pamiętajcie, że Kaplica Sykstyńska, czy też jakiekolwiek inne arcydzieło renesansu, gotyku, baroku, które sobie wybierzecie, nie powstałoby bez inwencji i magii tlącej się w umysłach naszych przodków. :)

Gosia Rybakowska